Dynia duszona w tymianku i cebuli z fasolą mung i zielonym ryżem

Dziś będzie szybkie danie, lekkie i zrównoważone, w sam raz dla kogoś, kto poprzedniego dnia zabalował, i, dręczony wyrzutami sumienia, oraz lekkim bólem głowy,  chciałby to zrekompensować swemu biednemu organizmowi. I trochę go postawić na nogi.  Nie żebym mówiła z doświadczenia, bo mimo że rzeczywiście widziałam się wczoraj z girls, to jednak byłam samochodem. I dzięki Bogu, bo cytrynówka produkowana na czystym spirycie przez mamę gospodyni przemawiała do mnie bardzo przekonująco. Oczywiście pomysł, żeby samochód nocował na Wilanowie, podczas gdy ja poznam się bliżej zarówno z cytrynówką, jak i z pigwówką, jak to czyniły pozostałe girls, coraz bardziej wesołe i coraz częściej wyznające sobie nawzajem miłość wśród gwałtownych wybuchów wesołości oraz okazjonalnej łezki, powstał w moje głowie bardzo wcześnie, jednak skutecznie powstrzymał mnie fakt, że jako ta, co skrzyknęła przy okazji zbiórkę na Dom Samotnej Matki na dzisiejsze Kobiety Pistolety (1500m2 do wynjęcia, chodźcie, będzie fajnie!) musiałam stamtąd  zatachać do domu jakieś osiemset reklamówek z Rossmana. Pozostałam więc jedną z dwóch trzeźwych (trzy kieliszeczki, really – tzn. ja, bo druga trzeźwa smętne zero kieliszeczków, karmi piersią, biedna) w wirze postępującej wokół degrengolady. Nie przeszkodziło mi to jednak z zapałem poruszać z całą resztą wszystkich ważkich kwestii (operacje ust, przystojność doktora Noszczyka, jak szybko i bez użerania się przeprowadzić rozwód z orzekaniem o winie małżonka, gdzie wynająć ewentualnych detektywów i czy opcja „w sutannie” rzeczywiście jest skuteczna, kryzys finansowy wokół nas i brak regularnych wyjść na sushi i czy Michał Figurski jest przystojny – byłam jedyna w obozie na TAK, ale to tylko z nostalgii, gdyż jak pracował w Radiu Kolor kochałam się w jego głosie i non-stop wydzwaniałam na konkursy żeby ze mną pogadał, przez co przy okazji ciągle miałam jakieś zaproszenia na imprezy,  ale fanką jego obecnego biuściastego looku z falą też nie jestem, oraz czy zdrada to rzeczywiście taka zła rzecz jeśli druga strona o niej nie wie, i czy jak czyimś ideałem mężczyzny jest rudy z wyłupiastymi oczami to czy ten ktoś jest dziwny).

Dziś wieczorem baby shower innej z girls, i tym razem nie jadę samochodem. Możliwe zatem, że jutro nie będzie żadnego przepisu, więc akurat dzisiejszy będzie na jutro. A teraz na zakupy na bazarek i fasolka mung do namaczania!

Dynia duszona w tymianku i cebuli z fasolą mung i zielonym ryżem

Składniki (na 1-2 osoby)

Miseczka ugotowanej fasoli mung (przemiana wody)

7-10 ugotowanych jajek przepiórczych (ziemia)

Kawałek dyni, jakiejkolwiek (ziemia)

1 czerwona cebula (metal)

Łyżka świeżego tymianku, jak nie to świeżej bazylii (ogień)

Szklanka brązowego ryżu (metal)

Pęczek natki (drzewo)

3-4 ząbki czosnku (metal)

Oliwa z oliwek (ziemia)

Szklanka soku z ogórków kiszonych (drzewo)

Fasolę mung przed ugotowaniem zostawiamy na noc w wodzie. Samo gotowanie jest dość tricky, bo po pierwsze przy wrzeniu powstaje dziwna piana, a po drugie ta fasolka lubi się rozwalić na papkę. Z pianą radzimy sobie tak, że po doprowadzeniu do wrzenia i pojawieniu się piany wszystko przelewamy przez durszlak, płuczemy zimną wodą, nalewamy świeżej wody (ja wszystko gotuję w oligoceńskiej, ale co poniektórzy twierdzą, że to już pierdolec) i znowu doprowadzamy do wrzenia. Przykrywamy, ale nie całkiem szczelnie, żeby nie kipiało, i gotujemy na małym ogniu jakieś 15 minut, po czym wyłączamy ogień i zostawiamy pod przykryciem. Wtedy ziarenka zanim zdążą się rozwalić nasiąkną wodą i jest gites. Jednak nie zdziwcie się jak za pierwszym razem wam nie wyjdzie.

Aha, do gotowania wszelkich fasoli można wrzucić jakieś suszone wodorosty, wyjaśnię to innym razem, a na razie jeśli mamy w domu kombu, albo wakame to wrzucamy kilkucentymetrowy kawałek.

Dynię obieramy ze skórki, wykrajamy miąższ i kroimy na paseczki. UWAGA! Zanim wyrzucimy miąższ z dyni warto wyjąć z niego pestki, opłukać i wrzucić do piekarnika.  Są 100 razy lepsze niż kupione. Plus nie marnujemy jedzenia i jesteśmy eko.

Cebulę kroimy na cienkie półkrążki.

W proporcji 1 do 3 gotujemy ryż, z czego te 3 to woda pól na pół z sokiem z ogórków kiszonych – ryż ma być trochę kwaśny. Ryż płuczemy, po czym w wodzie z sokiem doprowadzamy do wrzenia, solimy jeśli musimy, i gotujemy pod przykryciem jakieś 20 minut, zależy od gatunku, więc lepiej weźmy taki, który wiemy z doświadczenia ile się gotuje mniej więcej, po czym szczelnie przykryty zostawiamy na trochę żeby wciągnął cały płyn. Zresztą tak samo gotujemy wszystkie zboża: najpierw porządnie płuczemy, a potem już nie wylewamy wody, w której się gotują!!

W tym czasie co ryż pije wodę, do małego garnka lejemy oliwę z oliwek, lekko podgrzewamy i wrzucamy cebulę. Solimy i pieprzymy do smaku i dusimy pod przykryciem 5 minut, po czym dorzucamy tymianek, mieszamy, i dorzucamy paski dyniowe. Pod przykryciem dusimy aż dynia trochę zmięknie. Ale nie za bardzo.

W tym czasie myjemy pęczek natki i wrzucamy  do plastikowej miski razem z czosnkiem. Polewamy trochę oliwą i blenderem miksujemy na miazgę. Jak za mało oliwy to dolewamy. Ale z umiarem,  ma mieć konsystencję musztardy, nie rzadszą. Można trochę posolić, albo zamiast oliwy dolać trochę sosu sojowego. Miękki już ryż dorzucamy do tej zielonej miazgi, mieszamy i mamy zielony ryż. Możemy zamiast natki użyć bazylii, rukoli albo koperku, ale natka jako przemiana drzewa będzie najlepsza jeśli poprzedniego dnia rzeczywiście się zbrataliśmy z cytrynówką.

Do garnka z dynią, cebulą i tymiankiem dorzucamy ugotowaną fasolkę mung i przekrojone na połówki jajka przepiórcze i chwilę ostrożnie mieszamy.

Zawartość garnka nakładamy na zielony ryż.

Voilà, wszystkie przemiany na talerzu, a i oko się cieszy w udręczonej głowie.

Na koniec, jeśli jesteśmy lekko wczorajsi,  nalewamy sobie kieliszek SaintChinian. A jeśli nie jesteśmy wczorajsi, to też nalewamy sobie kieliszek SaintChinian. Należy nam się, jak wczoraj byliśmy samochodem!

Reklamy

Sałatka jesienna

Dziś na szybko, bo młody nadal rzęzi i sprawnie nadużywa swojego statusu chorego wmanewrowując mnie w zabawy, więc jednym okiem ogarniam samochodziki, bo to jedyna zabawa, jaka interesuje mojego syna, a polega ona na tym, że trzeba nimi jeździć i wszelkie próby odstąpienia od tego założenia lub nie daj Boże improwizacji są frowned upon, a drugim okiem próbuję przeczytać chociaż kilka stron z najnowszej książki  Marian Keyes, mojej najukochańszej pisarki,  która to książka została mi przywieziona z Londynu W PIĄTEK  i na którą czekałam niemal w oknie po to jedynie by być od niej co chwila odrywaną.  Dobrze że mądra Natura wymyśliła noce.

Sałatka jesienna.

Mieszanka sezonowych warzyw, tak dobranych, żeby było smacznie, a przy okazji kolorowo i terapeutycznie w razie początków jesiennego doła.

Składniki:

Kilka małych i cienkich żółtych cukinii (ziemia)

Kilka ogórków kiszonych (drzewo)

Pęczek rzodkiewek (metal)

Garść oliwek zielonych i garść czarnych (woda)

Mała czerwona cebula (metal)

Duży ząbek czosnku (metal)

Świeży koperek – ile lubimy (metal lub drzewo – kwestia sporna 🙂 )

Pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego  (metal)

Oliwa z oliwek lub inny olej tłoczony na zimno (ziemia)

Musztarda (gorczyca – metal, ocet – drzewo)

Balsamico (drzewo)

Ewentualnie sól i pieprz

Jesień i zima to niezbyt fortunny okres dla surówek. Kuchnia pięciu przemian zakłada używanie sezonowych składników, a tych będzie coraz mniej, aż w końcu zostaną nam same marchewki, cebule i buraki. No i kiszonki. Ale zanim do tego dojdzie cieszmy się rzodkiewkami i cukiniami.

Umyte rzodkiewki, ogórki, cukinie i oliwki kroimy na plasterki. Cebulę drobno siekamy. Wszystko oprócz cukinii wrzucamy do miski. Cukinię, która jest termicznie chłodna, poddusimy trochę w oliwie i kminie rzymskim, to ją ociepli, no i zmiękczy :-). Kmin rzymski to moje wielkie odkrycie, wstyd się przyznać, ale do niedawna nie miałam pojęcia o istnieniu tej przyprawy, co oczywiście oznacza, że teraz dodaję ją praktycznie do wszystkiego.

Cukinia: do garnka wlewamy dwie łyżki oliwy z oliwek i dodajemy kmin rzymski zmielony w młynku do kawy . Mieszamy chwilę na małym ogniu i dorzucamy plasterki cukinii. Dusimy co jakiś czas mieszając  15 minut.

W tym czasie przygotowujemy sos z oliwy lub innego oleju, musztardy (uwaga! musztardę kupujemy w sklepie eko – jest niewiele droższa od marketowej, a nie ma w niej tych wszystkich syfów i to naprawdę czuć w smaku) i octu balsamico  (pyszne balsamico mają w Mielżyńskim, oczywiście w kosmicznych cenach, dobre są też w Piccola Italia) w proporcji na 2 części oliwy po jednej octu i musztardy, dodajemy tymianek, drobno posiekany koperek i rozgnieciony czosnek. Wszystko mieszamy aż uzyska konsystencję emulsji – od razu przypomniała mi się moja pani od chemii w liceum, a już myślałam, że ją wyparłam.

Cukinię z garnka przekładamy na talerz, a jak ostygnie mieszamy z resztą plasterków w misce i z sosem, i ewentualnie doprawiamy solą i/lub pieprzem, ale to naprawdę zbędne. Można dodać kilka posiekanych orzechów laskowych i włoskich. Jednym z najpiękniejszych darów września, oprócz oczywiście szkoły (dar szczególnie doceniany przez te z matek, które akurat mają w domu nastoletnie dziesięciolatki) i wrzosu na balkonie, są orzechy włoskie – takie jak jeszcze schodzi z nich skórka, mniam – i nadużywajmy ich bez pardonu!

Sałatkę proponuję podać z jakąś grubą kaszą (pęczak, orkisz, ryż, owies) lub z grubą pajdą razowca z masłem.

Enjoy!

Schab z gruszkami duszonymi w cynamonie i chili

To połączenie to moje odkrycie roku. Aromatyczny od ziół i rozpływający się w ustach schab gra ze słodko-ostrymi i  obłędnie pachnącymi gruszkami jak nie przymierzając Grupa MoCarta. W której jestem zakochana na amen, szczególnie w tym grubciu z wiolonczelą i w tym wysokim co robi Micheala Jacksona. A propos, dziś w Syrenie „Plotka”, jestem strasznie ciekawa czy im wyszło na śmiesznie, ale po pierwsze przyjeżdża do nas Carmen z Hiszpanii z CouchSurfing (robi wrażenie gadatliwej, będzie więc miła odmiana po Stefano z Ancony, któremu mama wprawdzie wbiła do głowy, że w gościach należy dotrzymywać towarzystwa gospodyni, ale już chyba nic nie wspomniała o nie wysyłaniu w tym czasie sms-ów przez dwie godziny,  więc nie poćwiczyłam sobie włoskiego robiąc naleśniki, za to znam na pamięć wszystkie dźwięki klawiszy w jego Samsungu), a po drugie młody znowu kasłał przez całą noc, co oznacza kolejny upojny dzień i wieczór z inhalatorem, a zatem teatrze, so long.

Ale wracając do naszych baranów, a raczej świnki. A raczej mięs w ogóle: jest to jedna z pozycji, którą naprawdę warto kupować ze znanego sobie źródła.  Jeżeli już kompletnie nie chcemy rozstać się z grubszą gotówką w sklepie eko, z którą ja się jednak rozstaję, co wiąże się z reguły z wysłuchaniem potem wykładu natury ogólnoekonomicznej w domu za każdym razem jak zapomnę wyrzucić paragon i zostanie on znaleziony przez niepowołane osoby, to chociaż znajmy miejsce, gdzie kupujemy mięso i wiedzmy z grubsza skąd ono pochodzi i kiedy przestało być zwierzęciem.

Ideałem byłoby posiadanie prywatnego źródła na wsi, z którego, jak w nie tak dawnych czasach, przez niektórych z nas jeszcze nawet pamiętanych, co jakiś czas przyjeżdżał wysłannik z pełną walizką.

Jeśli chodzi o połączenie mięso – duszone owoce, to jestem jego wielką fanką. Jest to jedna z tych rzeczy, których po prostu nie da się zepsuć. Danie proste, a zachwyca nawet tych z konsumentów, którzy początkowo podchodzili z rezerwą. Zobaczycie.

Zamiast gruszek z powodzeniem można użyć malin, porzeczek czy moreli, na co tam akurat mamy sezon. Też w proporcji tyle samo cynamonu co chili.

Składniki:

1 kg schabu

4 TWARDE gruszki

Ok pół łyżeczki cynamonu i pół łyżeczki chili (to opcja w miarę ostra, może być mniej)

Oliwa z oliwek

Olej kokosowy lub ryżowy

Sos sojowy

Zioła prowansalskie, 20 gałązek tymianku, 6 gałązek rozmarynu

Dobre danie na wrześniowy lanczyk – zioła doenergetyzują schab, a sosik nas rozgrzeje, zwłaszcza że pogodynek w TVNie mówi, że od jutra będzie ziiiiiiimno.

Schab płuczemy, nacieramy porządnie marynatą (płynny olej kokosowy, kilka łyżek sosu sojowego, zioła prowansalskie  ile kto lubi, plus świeży tymianek i rozmaryn – pan Mirek na bazarku ma świeże zioła, znaczy jeszcze jest sezon. A jak nie mamy dostępu do panów Mirków, bierzemy po pół łyżeczki suszonych). Jeśli akurat właśnie coś nas łapie i „czujemy się jakoś niewyraźnie”, do ziołowej marynaty można dodać trochę startego świeżego imbiru. Przekładamy do rękawa do pieczenia, razem z marynatą jeśli po natarciu zostało trochę luzem, i porządnie i szczelnie zawijamy. Jeśli mamy czas, możemy tak trzymać nawet całą noc, jeśli nie, przynajmniej dwie godziny. Następnie wkładamy na środkową kratkę do nagrzanego na maxa piekarnika (można między kratkę i zawinięty schab podłożyć folię aluminiową jeśli mamy wątpliwości co do szczelności naszego dzieła)  i przez 10 minut trzymamy w tej wysokiej temperaturze, a potem zmniejszamy do 170-180 stopni i pieczemy jeszcze 80 minut. Przy większym kawałku schabu odpowiednio wydłużamy ten czas zgodnie ze złota zasadą godzina dwadzieścia na kilogram mięsa.

W tym czasie obieramy gruszki ze skóry, wykrajamy środki i kroimy na dość cienkie plasterki. Gruszki muszą być twarde, bo z miękkich podczas duszenia zrobi się paćka, która będzie wprawdzie tak samo smaczna, ale jednak trochę mniej estetyczna. W garnku na małym ogniu podgrzewamy łyżkę oliwy (smak słodki) dodajemy szybciutko,  dopóki oliwa nie jest bardzo gorąca gruszki (smak słodki), cynamon (smak słodki) i chili (smak ostry), mieszamy, przykrywamy i zostawiamy na malutkim ogniu na pół godziny, co jakiś czas mieszając. Gruszki będą gotowe wtedy, kiedy poszczą sok, w którym się będą dusić, a same plasterki będą już dość miękkie, ale bez przesady. Wtedy wyłączamy i czekamy na schab.

Gotowy schab z rękawa wylewamy razem z sosem do miski, po czym sos ze schabu prosto z tej miski przelewamy do garnka z gruszkami i te gruszki z sosem ze schabu dusimy jeszcze na małym ogniu 5 minut. Schab kroimy ostrym nożem na kawałki, polewamy gruszkami i jemy i jest bosko. I jeśli rano łyknęliśmy sobie z lodówki oleju z ostropestu to bez żadnym wyrzutów sumienia popijamy kieliszkiem białego Château Martinon.

Ja podałam z soczewicą (przemiana wody) wymieszaną z oliwą (przemiana ziemi) i drobno posiekanym koperkiem (metal) i natką (drzewo), z brokułami (ziemia) gotowanymi na parze posypanymi prażonym sezamem (ziemia; prażenie dogrzewa produkt sprawiając, że jego termika skacze o oczko, plus moim zdaniem wszelkie nasiona prażone są po prostu smaczniejsze)i skropionymi pysznym gęstym balsamico (drzewo).Tak na marginesie jestem zdania, że używamy w Polsce za mało tego cudownego płynu, ja tam bym mogła lać balsamico na wszystko, począwszy od truskawek, poprzez mozzarellę, po ziemniaki.  Jeśli doliczymy świeży rozmaryn i tymianek z marynaty (przemiana ognia), która przesyciła wieprzowinę (przemiana wody), voici wszystkie pięć przemian na talerzu. I jakie pyszne!

O tłuszczach

Odnośnie mojego postu o brokułach z patelni, pomyślałam sobie, że warto napisać parę słów o tłuszczach. Tłuszcz bardzo dobra rzecz, tylko trzeba wiedzieć jaki, do czego i jak. Pamiętajmy, że na tak gorącą temperaturę jaka jest na rozgrzanej patelni nie nadają się żadne oleje tłoczone na zimno. Jestem ich wielką fanką, zwłaszcza wszelkich olejów z orzechów, oleju krokoszowego i lnianego – dla ich smaku, oraz oleju z ostropestu – ten akurat nie jest może super pyszny, ale łyżeczka rano na czczo zwalnia mnie z wyrzutów sumienia na myśl o płynącym w stronę mojej biednej wątroby strumieniu małych grzeszków, np. kolacyjnym kieliszku wina, albo dwóch. Albo czterech. Anyway, dwa ostatnie oleje należą do tych, które trzeba przechowywać w lodówce, więc najlepiej spożywać je całkiem na zimno, żeby nie utraciły cennych właściwości. Olej z ostropestu traktuję po prostu jako suplement diety i aplikuję sobie i dzieciom z łyżeczki, ku wielkiej radości syna (który przy każdym posiłku żąda, aby mu dać „koleju na łyżeczkę”) i serii narzekań ze strony córki, która jednak jeszcze się słucha.  Olej lniany dodaję do sosów na zimno, np. do klasycznego vinaigrette, a czasem dolewam do zupy jak już jest na talerzu.

Inne oleje tłoczone na zimno mają wyższe temperatury dymienia, najwyższą chyba oliwa z oliwek, ale nawet ona nie nadaje się do smażenia – nie dość że zacznie się palić i narobi dymu, to jeszcze popsuje smak potrawy i zajdą w niej jakieś nieznane mi bliżej, ale z pewnością niekorzystne dla naszego zdrowia, reakcje chemiczne. Czyli pozostają nam oleje rafinowane i tłuszcze zwierzęce. Klasycznego Kujawskiego, który rzecz jasna obok pierwszego tłoczenia nawet nie leżał, proponuję zastąpić olejem kokosowym. Neutralny smak, przystępna cena, a po umyciu garów można sobie resztkę wsmarować w dłonie :-).

Moim faworytem pozostaje jednak masło sklarowane, którego smak kojarzy mi się z kuchnią mojej babci Ireny, i z którym każda potrawa jest pyszna.

Tłuszcze roślinne są yin, tłuszcze zwierzęce yang, co oznacza, że dla osób bladych, wątłych i marznących bardziej wskazane byłoby jednak sięganie po masło, zwłaszcza zimą, ale więcej na ten temat się nie będę wymądrzać, odsyłam do speców. Każdego, kto chce zacząć przygodę z pięcioma przemianami zachęcam do przeczytania tej książki. Jest rzeczowo, ciekawie i, przede wszystkim, bez nachalnego dydaktyzmu cechującego wiele poradników.

Mój pierwszy wpis evah!

Zakładam bloga! W zamyśle będzie to blog kulinarny, gdyż moje życie kręci się obecnie głównie wokół kuchni,  a ściślej – kuchni opartej na pięciu przemianach, ale będzie też o innych fajnych rzeczach.  Stąd błyskotliwy podtytuł bloga.

In no particular order:

Kuchnia pięciu przemian, książki, ciuchy, kosmetyki, buty, aranżacja wnętrz, torby, podróże, szukanie fajnych rzeczy w lumpeksach, oraz jeszcze buty.  Być może nawet podzielę się czasem głębokimi refleksjami, jakie są wynikiem każdego mojego spotkania z girls (to one, nota bene, kazały mi pisać bloga, zapomniawszy chyba o tym, że w nim będą wspomniane i teraz czekam na propozycje pseudonimów), które to każde spotkanie obfituje w analizy wszelkich aspektów życia, od poprawiania urody – NIGDY przez nas, poprzez bieżące choroby i dolegliwości naszych dzieci,  problemy, jakie mamy z rzeczonymi dziećmi, a także z naszymi oraz, bywa, nienaszymi facetami,  warszawskie życie kulturalne i towarzyskie i nasz w nim permanentnie niedostateczny udział, po modele różnych sprzętów poprawiających jakość życia kobiety. If you know what I mean.

Więcej o mnie na stronie „O mnie”, której jednak jeszcze nie ma, bo niestety nie jestem najostrzejszym nożem w szufladzie jeśli chodzi o komputerowe wywijasy i nie doszłam jeszcze jak ją dodać. Zaraz to zgłębię, a w międzyczasie przepis na danie, na które mam ostatnio fazę: brokuły duszone w bazylii z orkiszem i płatkami migdałowymi. Tylko że jak właśnie zajrzałam do lodówki  okazało się, że brokuły wyszły, za to jest kalafior romanesco. Spróbuję zrobić z nim i zobaczymy, która opcja smaczniejsza.

Składniki:

Łyżka sklarowanego masła

2-3 ząbki czosnku

Kilka różyczek z brokuła, może być z całego

Miseczka już ugotowanego orkiszu

Suszona bazylia

Płatki migdałowe

Ew. sól, pieprz, parmezan

Na rozgrzane masło klarowane wrzucamy pokrojone na plasterki dwa ząbki czosnku. Jak się zarumienią (ale nie spalą!!! – mały ogień!) dorzucamy przekrojone wzdłuż na pół różyczki brokułowe (najpierw tą płaską stroną do patelni, żeby się też przyrumieniły). To wszystko posypujemy suszoną bazylią – najlepiej suszoną przez siebie, a jak nie to w Żółtym Cesarzu mają taką dostarczaną przez panią z eko-gospodarstwa, która suszy zioła fachowo i są pyszne. Dusimy do względnej miękkości brokułów – ale żeby jeszcze były lekko chrupkie!! –  pod przykryciem, ewentualnie solimy i pieprzymy do smaku, ale dobra bazylia powinna wystarczyć, a sól wrogiem nerek! W międzyczasie na suchej patelni prażymy płatki migdałowe – na małym ogniu, często mieszając. Jak zaczną obłędnie pachnieć – są gotowe. Brokuły też już powinny być gotowe, dodajemy  do nich  uprzednio ugotowany orkisz (najpierw całą noc namoczony, potem gotowany od 2 do nawet 4 godzin, zależy od rodzaju, i pamiętamy, że wody po orkiszu nie wylewamy, bo to tzw. mleko orkiszowe, supermegaświetne na problemy skórne), mieszamy jeszcze chwilę i na talerz. Posypujemy uprażonymi płatkami migdałowymi albo,  jeśli już całkiem nie możemy żyć bez sera, parmezanem.

Możemy też polać odrobiną oleju lnianego, oczywiście kupionego prosto z lodówki, a nie od wesołego pana na słonecznym bazarku, zapewniając sobie tym samym zastrzyk omega-3 i jemy. I  jesteśmy szczęśliwi. Zwłaszcza jeśli akurat jest pora lunchu, dzieci są w szkole i w przedszkolu, a my nalejemy sobie jeszcze kieliszek Pessac-Léognan.

TADAAAAAAAAAM!

PS. Z brokułami jednak lepsze.