O tym jak miastowa pasternaku szukała

No więc wymyśliłam fajne danie z pasternakiem. I to miał być mój następny wpis. Nie przewidziałam tylko tego, że nigdzie, ale to NIGDZIE, nie znajdę cholernego pasternaku.

Po wielu perypetiach*, których nie mam teraz czasu opisywać, bo zaraz jedziemy do Esencji Smaku na wycinanie halloweenowych dyniek, w skrajnej desperacji udałam się dziś do osławionego pana Ziółko, o którym słyszałam i czytałam, ale do którego jeszcze nigdy nie dotarłam. Kręglicka zachwyca się nim w co drugim swoim felietonie, a on w środy handluje u niej pod knajpą, i tak sobie żyją jak borowik z dębem. Ciągle mi w środy coś wypadało, aż w końcu postanowiłam że today is the day, muszę mieć swój pasternak do przepisu i basta, i wyruszyłam wesoło ku centrum . Po czterdziestu minutach w samochodzie, którym pokonałam w tym czasie jakieś osiem metrów, nie byłam już taka wesoła, ale postanowiłam, że szalony eksodus  warszawiaków nie odwiedzie mnie od raz podjętej decyzji, i wlokłam się dalej w ślimaczym tempie, które stawało się jeszcze bardziej ślimacze w pobliżu większych sklepów i bazarków, bo ci warszawiacy, którzy akurat nie stali w korku żeby wyjechać z miasta, stali akurat w korku żeby pojechać po sto kilo zapasów, bo w końcu, jak wiadomo, jeden dzień wolny, w którym nie można kupić jedzenia, to z pewnością jest ten dzień, w którym nad Polskę nadciągnie zbłąkane tropikalne tornado.

Pan Ziółko owszem, był, ale pasternaku nie miał, za to jako pierwszy z pytanych przez mnie sprzedawców nie spojrzał na mnie ze zdumieniem pomieszanym z przerażeniem, tylko rzekł rzeczowo, że będzie za tydzień, bo nie chciało mu się w tym śniegu grzebać teraz.

I tyle.

Więc przepis będzie za tydzień, a tymczasem kupiłam u niego to:

Czyli mieszanka różnych sałat, rukoli, endywii i roszpunki, a to drugie to słonecznik bulwiasty. Pierwsze słyszę, pan Ziółko mówi, że się gotuje jak ziemniaki, tylko jest trochę upierdliwe w obieraniu.

Zapłaciłam całe pięć zyli, bo za słonecznika mi nie policzył, kazał spróbować i powiedzieć, czy mi smakuje, po czym wróciłam do domu, oczywiście w jeszcze większych korkach, bo zdążyła się zrobić godzina szczytu. To się nazywa oddanie sprawie. Pasternakowej. A teraz lecę wycinać dyńki.

* Opiszę jak wrócę z Esencji. Plus napiszę co mieli dobrego. Odkąd byłam ostatnio, czyli strasznie dawno, zdążyli się wystawiać na Noble Wine & Food, więc spodziewam się rarytasów.

Bazarek

Szybka zielona herba – absolutnie doskonała  Sencha Sakura z płatkami róży i marcepanem, na wzmocnienie nerw,  i lecę na bazarek zanim zapełni się paniami w średnim wieku wyposażonymi w wielgachne torby na kółkach i kilerskie zapędy, oraz mamami w opcji wózek + dziecko ślimaczące się pieszo  gromiącymi wzrokiem każdego, kto choćby spróbuje je niezdarnie wyminąć w wąskiej alejce, a już nie daj Boże zwrócić uwagę.  I żeby nie było, nie mam nic przeciwko ani mamom, ani dzieciom, ale nie od dziś wiadomo, że ten bazarek to nie plac zabaw! Ten bazarek to dżungla i tu trzeba umieć przeżyć!

Jestem wielką fanką bazarków. Zawsze jak gdzieś wyjeżdżam, pierwsze miejsce, jakie odwiedzam, to lokalny bazar. No, chyba że mają fajne sklepy z butami. Albo z niezbędnymi drobiazgami do domu. Albo z kosmetykami. Często jednak te wszystkie elementy się zgrabnie łączą na zasadzie dla każdego coś miłego i prędzej czy później ląduję w sekcji „żarcie”.  Oczywiście jeśli tak się akurat składa, że miejsce jest choć trochę egzotyczne i jest szansa na jakieś ciekawe lub wręcz nieznane mi regionalne produkty albo rośliny to jest to super bonus potęgujący doznania (na targu w Piombino tak mnie trafiła strzała Amora przy furce pana z mozzarellami, że byłam bliska rozbicia sobie pod nią namiotu i uwicia przytulnego gniazdka, dopiero powstrzymał mnie fakt, że targ jest tylko w środy), ale nawet podczas wyjazdów na działkę bazarek pod Różanem will do just fine.

Ale wracając do tego mojego Na Dołku. Mały dygres: Na Dołku już tylko z nazwy,  pierwotny Dołek, który obywatele Natolina z co dłuższym stażem jeszcze pamiętają i wspominają z sentymentem z racji wspaniałej „orężady” w torebkach foliowych serwowanej w jednej z dołkowych budek, już dawno został zabudowany osiedlem nowej generacji z zamkniętymi na osiem kłódek placami zabaw i wbudowanym panem z wącholem w kanciapie przy wejściu – na którym to osiedlu nota bene mieszkańcy mają przez naszą super zdzierczą spółdzielnię naliczane takie same czynsze jak my w starych blokach, więc z jakiej racji, ja się pytam, moje dzieci nie mają się bawić na ichnich placach zabaw???  Gdzie to ja byłam? A, bazarki. Bo co jak co, ale nie ma jak wejść w magiczne królestwo owocowo-warzywne z wszystkimi jego zapachami i kolorami i w spokojności dać się zainspirować, dokonać przemyśleń kulinarnych, a następnie powybierać jak królowa obmacując wszystko porządnie.

Taki luksus jednakże na moim bazarku dostępny jest tylko wcześnie rano, zanim się zakorkuje na ament. Stąd moja poranna depesza, mimo  niedzieli. Kiedyś jak chciałam kupić dużą ilość małych żółtych cukinii, na które jest dużo chętnych, to osłupiały pan Mirek powitał mnie przy prawie pustych stołach ze skrzynką sałaty rzymskiej w rękach rozpaczliwym: Nie powinna pani jeszcze spać?!

Oczywiście poza panem Mirkiem jest masa innych panów i pań – przez długi czas moim numerem jeden była pani Eko, ale jakoś straciłam do niej serce i prawie w całości ulokowałam je w panu Mirku, po kawałeczku zostawiając tylko dla pana Pomidorowego i panów Jabłkowych. Pan Mirek był kiedyś panem Sałatowym, ale jakoś niepostrzeżenie stał się panem Mirkiem. Tak ma na imię, dla jasności. Regularne u niego odwiedziny tak weszły mi w krew, że jak w zeszły weekend nas nie było, wysłałam do niego z listą zakupów mamę. Wyjaśniłam jej, w którym mniej więcej miejscu go szukać, jednak ten bazarek w godzinie szczytu naprawdę przypomina piekło na ziemi, i człowiek już sam nie wie, gdzie się kończy jeden stragan a zaczyna drugi, dzieci wrzeszczą, zdesperowane gospodynie wyrywają sobie z rąk ostatnie kalafiory, matki na środku alejki czyszczą mokrymi chusteczkami pociechy wdepnięte po kolana w pomidory, panie wyposażone w rollery masakrują kogo popadnie, a w tym wszystkim jeszcze przepycha się bez pardonu pani, która dowozi sprzedawcom gorące napoje, a że mama do rannych ptaszków nie należy, to zanim  tam dotarła już dżungla była w pełnym swingu, więc straciła z lekka orientację i zadzwoniła po wskazówki pomocnicze. Okazało się, że dobrze trafiła, ale jak mi opisała osobnika, co niby miał być panem Mirkiem, nabrałam wątpliwości i dla pewności pytam –Ale czy ma aparat na zębach? Chwila ciszy w słuchawce i nagle słyszę gromkie – A APARAT NA ZĘBACH PAN MA?!

Oczywiście odwiedzam również inne warszawskie bazarki jak się okazja nawinie, na przykład ten pod Halą Mirowską, gdzie są pan Patisonowy (nie jest to, sadly, Robert Pattison) i pan Ziołowy, plus jest podobno bardzo fajny pan na Placu Inwalidów, do którego jeszcze, mimo podejmowanych prób, nie udało mi się dojechać, ale jednak moje serce jest Na Dołku.

PS. Mile widziane dobre rady odnośnie fajnych bazarków i fajnych na nich pań i panów! Najbardziej przydałby mi się pan Pasternakowy…

Strusie jajo!

Mamy strusie jajo. Leży w lodówce od ponad tygodnia, kiedy to dostaliśmy je w prezencie od jednego gościa z CouchSurfingu, który ma dziewczynę na SGGW i czasem u nas nocuje. Znaczy się drugi raz był. Jego pobyt zazębił się z naszym wyjazdem na bieszczadzkie wesele, i nawet się przez chwilę w samochodzie zastanowiliśmy, czy to nie jeden z tych psychopatów, którzy pod płaszczykiem przesympatycznego doktoranta skrywają zakusy na rozprawienie się w krwawej masakrze z dwójką dzieci nieobecnych gospodarzy i zajmującej się nimi babci, ale okazało się, że jednak nie.  Odjechał w niedzielę pozostawiwszy po sobie świetne wrażenie na zachwyconej nim mojej mamie oraz strusie jajo. No więc jak dziś wracałyśmy z córką zmęczone ale szczęśliwe z parku linowego, gdzie córka tylko raz dostała histerii na przeszkodzie „Zjazd tyrolski pierwszy” (po pierwsze dlatego, że boi się zjazdów, a po drugie dlatego, że nazwa sugeruje, iż gdzieś przed nami jeszcze jeden zjazd tyrolski – raz tylko dostała, ale za to tak, że pod nasze drzewo zleciała się masa przerażonych instruktorów i po gorączkowej naradzie zaproponowała, że ktoś po nią wejdzie. Na szczęście metodą, która nie jest może rodem prosto z Good Parenting, ale za to działa niezawodnie od 10 lat (Jak przestaniesz się drzeć i przejdziesz trasę do końca idziemy na lody) rozwiązałam problem w trzy sekundy, doszłyśmy bez przygód do następnego zjazdu tyrolskiego, gdzie moja nieprzewidywalna córka stwierdziła, że bardzo fajne są w ogóle zjazdy tyrolskie, ona bardzo lubi, i ochoczo rzuciła się przed siebie, podczas kiedy na poprzednim musiałam ją siłą palec po palcu odrywać od linki na drzewie i zepchnąć, i że niepotrzebnie się bała, i kiedy przyjedziemy tu znowu) postanowiłyśmy, że nadszedł czas by nasze jajo przekształcić w konsumpcję.

Zdążyłyśmy jeszcze na końcówkę bazarku, gdzie na stoisku pana Mirka w pustawych skrzynkach udało nam się jeszcze coś zastać, chociaż nota bene nie zastałyśmy pana Mirka, gdyż, jak mnie poinformowała jego mama, bawi na weselu. W związku z tym na przykład jutro nie będzie dyni, bo ona nie będzie tego tachać. Dobrze było wiedzieć, dynię na poniedziałek zakupiłam zatem już dziś, razem z szałwią, szpinakiem, cebulą i czosnkiem do jaja i wróciłyśmy do domu. Gdzie poddusiłam wszystkie dodatki na patelni, a następnie zespołowo z namaszczeniem wyjęliśmy jajo z lodówki – ostrożnie, bo drzwi dalej spadają, panowie z reklamacji jeszcze nie dojechali z nowymi, ale już nam weszły w krew i prawie nie ma sytuacji, że ktoś zapomni i drze się na całą chatę, że mu spadło na nogę – położyliśmy na blacie i spojrzeliśmy w zadumie. W końcu pan domu wziął uroczyście w dłoń nóż, popukał w jajo nad miską, i…  nic, bien sûr, bo jak się okazuje, takie jajo ma nieźle pancerną skorupę. Oczywiście nie przyszło nam do głowy, żeby zguglowac jak się takie jajo rozbija, pan domu po prostu tak długo pukał w jedno miejsce, aż się zrobiła dziurka, w którą następnie wsadził palucha, powiększył ją do kilku centymetrów i wylał przez nią zawartość do miski.

I powiem wam, że trzeba mieć dużą patelnię. Moja ma średnicę na górze 33 cm i ledwie wystarczyła. Jak nam kolega z CouchSurfingu powiedział, że takie jajo odpowiada dwudziestu kurzym to szczerze mówiąc nie wzięłam tego poważnie, ale chyba to jednak prawda, bo wyszła tego taka masa, że każdy z nas miał na talerzu kopiastą porcję, plus jeszcze akurat wpadł sąsiad z ósmego i też się załapał, plus jeszcze zostało.

Jajecznica z szpinakiem i z szałwią

Składniki na 6-8 osób:

Jedno strusie jajo. Lub dwadzieścia kurzych, obviously (kurze to przemiana ziemi, strusie – nie mam pojęcia)

15-20 listków świeżej szałwii (ogień) (szałwia to absolutnie fantastyczna roślina, mogłabym napisać na jej cześć hymn pochwalny, dla zainteresowanych: http://www.panacea.pl/articles.php?id=161 – jeszcze nie umiem wklejać linków pod słowami)

Pęczek świeżego szpinaku (ziemia)

2 cebule (metal)

10 ząbków czosnku (metal)

Pieprz (metal)

Sól (woda)

Masło klarowane (ziemia)

Obieramy i myjemy cebule i czosnek, kroimy na piórka i plasterki. Obieramy i myjemy szpinak, kroimy drobno. Myjemy szałwię i też kroimy drobno.

Na patelni rozpuszczamy masło klarowane. Sporo. Na gorące wrzucamy cebule i czosnek i dusimy chwilę na małym ogniu, do pół-miękkości. Dorzucamy szałwię, mieszamy, dorzucamy szpinak, mieszamy, przykrywamy na 5 minut co jakiś czas mieszając. W tym czasie w misce mieszamy jajo (lub jaja :-)) z solą i pieprzem do smaku, może być też chili. Jak sytuacja na patelni ma się już na miękko, czyli mniej więcej tak: dorzucamy zawartości miski na duży ogień i mieszamy często żeby się nie przypaliło: Jak ktoś lubi na glutowo to krócej, jak ktoś lubi na ścięto to dłużej. Proste. Żeby mieć wszystkie pięć przemian na talerzu przemianę drzewa dodajemy w postaci wczorajszych rydzów w occie i bagietki orkiszowej, chyba że akurat jesteśmy na wojennej ścieżce z panią z budki z pieczywem, wtedy wysyłamy kogoś innego i też podajemy z bagietką orkiszową. Smacznego!

Jarmuż duszony w maśle i czosnku z rydzami w occie

Sezon na świeże warzywa się kończy, emporium pana Mirka na bazarku na tyle jego furki kurczy się w oczach, znak dla pięcioprzemianowego konsumenta by powoli zacząć się interesować tymi roślinami, które jeszcze rosną mimo zimnych nocy. Niestety, część z nich, jak Bogu ducha winna brukselką, cieszy się niezasłużoną kompletnie złą sławą, a o innych przeciętny Polak kiedyś tam może i słyszał, jak o pasternaku czy jarmużu, ale pojęcie o ich wyglądzie ma raczej mgliste. A pojęcie o smaku ma takie, że są ohydne, jak brukselka, a już najgorzej ze wszystkich ma rzepa, której niestety fakt, że jest łatwo dostępna i dobrze się przechowuje bardziej zaszkodził niż pomógł i teraz się biedna fatalnie kojarzy.

A zatem, żeby była jasność:  i jarmuż, i pasternak, i rzepa i brukselka są PYSZNE, trzeba tylko wiedzieć, jak je podejść.  Niestety, o ile rzepę i brukselkę dość łatwo dostaniemy na bazarku, to już z jarmużem może być gorzej, a konia z rzędem temu, co mi powie gdzie w Warszawie kupić pasternak z namierzalnego źródła. Swojego czasu był w Żółtym Cesarzu, ale „klienci nie kupywali”.

Jarmuż można udusić albo ugotować. Duszony jemy jak szpinak: jako sos do makaronu, ryżu albo mięsa. Wrzucony na kilka minut do wrzątku i ostudzony można podawać z vinaigrette jako sałatkę. Najmniejsze listki można jeść na surowo. Jarmuż fantastycznie komponuje się z grzybami, więc wyciągamy ze spiżarni słoik rydzów albo kurek, a jak nie mamy słoika własnej produkcji , nie wspominając o spiżarni, to lecimy do slowfoodowego sklepu albo do babci.

Podobnie jak szpinak, jarmuż podczas obróbki termicznej traci sporo objętości. Pamiętajmy o tym planując ilość konsumentów! Jeden dorodny jarmuż to porcja na 3-4 osoby.

Jarmuż duszony w maśle i czosnku z rydzami w occie

 Składniki:

Jarmuż

Łyżka suszonego koperku

1  mała gałka muszkatołowa albo pół dużej

Masło klarowane

Czosnek

Sól do smaku

Rydze w occie

Zaczynamy od obrania jarmużu. Te co większe liście dobrze jest całkiem oderwać od łodyżki, nawet tej jej części, która idzie przez cały liść, bo są cholernie twarde, nawet po ugotowaniu. Mniejszym liściom odrywamy tylko ogonek. Po naszej operacji tak ma wyglądać część jarmużu, którą będziemy gotować (na zdjęciu już po umyciu i pokrojeniu):

a tak część do wyrzucenia:

Obrany jarmuż porządnie myjemy pod bieżącą wodą. Liście są karbowane i mają masę zakamarków, dzięki czemu stanowią wspaniałe źródło piachu i bywa że robali. Robale to wprawdzie zawsze dobry znak, znaczy warzywo niechemiczne, jednak precz z nimi (za balkon, nie do śmieci, chyba że jest mróz, to sąsiadowi do kwiatków na klatce).

Kroimy jarmuż na drobno.

Czosnek kroimy na cienkie plasterki.

Gałkę muszkatołową ścieramy na tarce, na tych ząbkach, co robią proszek.

W garnku rozpuszczamy masło klarowane i na takie gorące wrzucamy czosnek  i chwilę mieszamy drewnianą łyżką. Dorzucamy jarmuż, przykrywamy i zostawiamy na małym ogniu na 5 minut żeby trochę stracił na objętości .  Po pięciu minutach mieszamy, dorzucamy startą gałkę muszkatołową i koperek, solimy do smaku, w razie potrzeby polewamy trochę oliwą żeby się nie przypaliło, znowu mieszamy i znowu przykrywamy. Zostawiamy na 10-20 minut, zależy ile tego jarmużu mamy i jaki stopień miękkości najbardziej lubimy. I voilà:

Przekładamy do miseczki, dorzucamy kilka rydzów z działki od babci, możemy skropić dodatkowo balsamico. Z winkiem natomiast ostrożnie, bo grzyby i alkohol naraz to jednak nienajlepsza opcja dla wątroby. ENJOY!

Ufff. Człowiek niezwyczajny roboty, panie. Jednego dnia i fabryka, i zakupy, i gotowanie dla dzieci na weekend żeby babcia się nie musiała garów tykać (jak się ma dzieci więcej niż jedno i każde lubi co innego, w takich przypadkach bardzo polecam zupę: wrzuca się wszystko, a potem wyławia i segreguje wg preferencji potomstwa na osobne pojemniki – u mnie w jednym fasolka, marchewka i mięso, a w drugim ziemniaki, ziemniaki, ziemniaki i też mięso; plus można dorzucać wg kolejności przemian i mieć pewność że będzie pysznie) to już musi być najwyższy stopień matkopolkowości.

Za to po przekroczeniu z osiemnastoma siatami umęczoną stopą progu domu ujrzałam dzieci ogarnięte wieczornie, a jedno nawet w piżamie, i od razu połowa zmęczenia mi przeszła. A po zajrzeniu do lodówki znalazłam jedną zapomnianą mozzarellę di buffala i resztkę wczorajszego Petits Moines, co w połączeniu z zakupionym po drodze za zdziercze pieniądze ostatnim Follettem stanowi naprawdę piękne ukoronowanie dnia.

A jutro tylko ostatnie instrukcje dla przerażonej śmiertelnie babci, która pierwszy raz w swej karierze zostaje z wnusiami na weekend, i ziuuu w Bieszczady na wesele. Pięciu Przemian raczej do poniedziałku nie uświadczę, więc właściwie mogę złamać zasady już dziś, w przygotowaniu na sobotnie nieprzyzwoite wieczorne obżarstwo frykasami. Na które bardzo liczę. A zatem, moi mili, kromka razowca z masłem – może być ten trójkątny z Lidla – jestem pewna że jego zawartość to sam syf, więc na wszelki wypadek wolę jej nie znać, plasterki mozzarelli pokropione starym (w sensie rocznika, nie daty przydatności!)  balsamico, pomidor malinowy i winko.

I, jak śpiewa klasyk, nothing else matters.

Sushi

Ha ha, ale nie robimy, tylko zamawiamy 🙂

Jestem zj…męczona jak koń po westernie, a jeszcze przede mną wieczór czytania Franklina i poważnych rozmów na temat tego, czy fakt, że Majka w szkole tak popchnęła Martynkę, że ta wylądowała na pogotowiu jest wystarczającym argumentem żeby moja córka odmówiła chodzenia z Majką na angielski do Pałacu.

W drodzedo domu, w przypływie endorfin, które zawsze towarzyszą świeżo i przyjemnie zarobionej kasie, zakupiłam zestaw Tokyo w Hana Sushi,  i moja dzisiejsza działalność w kuchni będzie polegać na otwarciu Château Les Petits Moines (tydzień francuski w Lidlu, jest fantastyczne, a właściwie było, bo chyba całe wykupiłam) i nalaniu sosu sojowego do miseczek. Chociaż, może zrobię jeden sosik do sushi.  Mało pracochłonny a pyszny. Ale to potem.

***

Dobra, sushi pożarte (jak to jest że człowiek zawsze jak się na nie tak rzuca to nie pamięta jak ostatnim razem jęczał z przeżarcia ), dzieci ogarnięte z minimalnym tylko uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym (moim), makijaż „dobry” – do pracy – zmyty, soczewica na jutro namoczona.

Niech to krowi, dobrze tak sobie usiąść przy stole z herbatką waniliową. Zwłaszcza że mogłabym już nie żyć. A było to tak:

Jechałam sobie spokojnie na EKG.  Na które kazała mi jechać moja pani doktor, której wierzę jak… no jak nie wiem komu, w każdym razie bardzo, mimo że diagnozuje wahadełkiem. Z powodu tego wahadełka miałam swojego czasu gehennę z Łukaszem, który zarzucał mi regularnie i niezbyt miłymi słowy i tony, że dziecko ciągam po szarlatanach, aż w końcu pani doktor wyleczyła mu córkę z permanentnego zapalenia ucha i idącej za nim głuchoty za pomocą diety i kropelek, uchraniając ją tym samym przed drenażem uszu w full narkozie w Kajetanach, i się zamknął. A nawet raz go podsłuchałam jak jakiemuś koledze panią doktor POLECA.  Nie żeby go to nauczyło że miewam dobre pomysły, oczywiście.

No więc jadę sobie spokojnie na to EKG na Nowolipie, w samochodzie leci autorelaks, co go kiedyś kupiłam w porywie miłości do siebie samej i od tej pory codziennie sobie obiecuję, że dziś właśnie jest ten dzień, w którym zrobię porządek ze swoimi zszarganymi nerwami i nauczę się wyciszać i być mega zen i wyjmę wreszcie płytę z folii, i dziś właśnie BYŁ ten dzień, no bo przecież kiedy się wyciszyć jak nie jak się jedzie na EKG? No więc jadę sobie Złotą, relaksuję się w opór, aż tu nagle, z tak zwanego zaskoku, chce przede mnie wjechać srebrny SUV. Oczywiście bez sygnalizowania jakiegokolwiek skrętu, ba, nawet bez zapalonych świateł, po prostu wyglądał jakby stał zaparkowany na nielegalu na trzeciego, jak wszyscy tam, i nagle, sru, jedzie koło mnie  na wąziutkiej Złotej i się pcha. Oczywiście nie wpuszczam go, nawet nie z wrodzonej złośliwości, ale po prostu za późno jarzę, co koleś robi – w końcu ja się tu relaksuję, nie?  Zdążyłam zapomnieć o sprawie, a tu nagle na światłach przed Solidarności widzę we wstecznym, że z SUVa wyłazi pan, duży i w dresiwie, i idzie w moją stronę. Opuszczam szybę, odwracam się do niego  z uśmiechem (relaks i zen) i otwieram usta, żeby powiedzieć, że nie widziałam, że on w ogóle rusza, ale nie jest mi dane wydać nawet jednego dźwięku, bo w tym momencie dżentelmen, którego nalana twarz wypełnia już moje okno, a kajdan ze znakiem zodiaku skorpion wisi do podłogi, zwraca się do mnie tymi słowy: Jak jedziesz, kurwo jebana?!!!! Ja wiozę kobietę i dziecko!!! Po czym wali pięściami w moją maskę dla podkreślenia wagi  wypowiedzi.

I niestety: chciałabym powiedzieć, że pozostałam zen, że mój oddech był świetlistą energią, a ja patrząc na czerwoną gębę drącego się prymitywa czułam spokój i wybaczenie. Ale prawda jest taka, że puściłam mu  wiąchę, której nie powstydziłby się najbardziej praski z prażan, a która zwierała m.in. moją opinię na temat jego manier drogowych i gustu odzieżowego, a także ocenę usłanego różami życia, jakie z pewnością wiodą z nim wspomniana kobieta i dziecko.

Nie jestem z siebie dumna. Ale tak szczerze to trochę jestem. Mimo że jak już podjechałam pod przychodnię i przestałam się trząść, to dotarło do mnie, że nie wszyscy ludzie są normalni. A gdyby mnie tak kropnął bejsbolem w czaszkę?

A EKG w porządku, jakby się ktoś martwił. Jeden drech nie wystarczy, żeby mi serce rozregulować najwyraźniej.

Na szczęście prosto stamtąd jechałam na dwunastą na tłumaczenie do fabryki – i mam tu na myśli prawdziwą fabrykę, taką z halą produkcyjną i maszynami, gdzie przez kolejne pięć godzin ubrana w biały fizelinowy czepek i takiż fartuch w rozmiarze XXXL uczestniczyłam w szkoleniu na nówce sztuce francuskiej maszynie na zakręcania słoików. I zrelaksowało mnie to bardziej niż sto świetlistych energii.  Na koniec mogłam nawet pomóc w przezbrojeniu! A jak opowiedziałam chłopakom operatorom o swojej przygodzie na Złotej pouczyli, że gdybym kiedyś miała podobny problem, spisać numery i do nich. A oni już będą wiedzieli, co zrobić…

Anyway, o sosiku.

Jeżeli ktoś miałby ochotę na zfusionowanie trochę swojego sushi, to zamiast sosu sojowego i wasabi można sobie użyć innych ostrych sosików.( Albo chrzanu, u-wiel-biam, dziś też był grany.)

Ostry sosik ziołowy

Składniki:

Oliwa z oliwek

Pęczek ziół (natka albo rukola albo bazylia albo koperek)

Dużo czosnku

W wersji hardkorowej papryczki piri-piri

Sól do smaku

Miksujemy wszystko na jednolitą masę blenderem i mamy sosik. Mówiłam, że proste. Taki sosik to pyszny dodatek do wszystkiego, od kotletów schabowych, poprzez ziemniaki pieczone, po sushi właśnie. Jest to po prostu pesto, tylko minus ser i minus orzeszki.

Enjoy, a ja idę do samochodu po autorelaks, bo zapomniałam zabrać. A w końcu to TEN dzień.

Indyk pieczony w kurkumie i chili z nadzieniem z suszonych owoców

Składniki:

Duża pierś z indyka

Czubata łyżka kurkumy

Łyżeczka chili (jak ktoś chce ostrzej można oczywiście więcej)

Pieprz, ile kto lubi

Pół szklanki sosu sojowego, mój ulubiony to Kikkoman

Płynny olej kokosowy

Dowolne suszone owoce. Ja wzięłam śliwki, morele i żurawinę.

Indyka myjemy i robimy w nim w różnych miejscach dużo dziurek długim i cienkim nożem. Do dziurek wkładamy owoce suszone. W dużej misce (najlepiej szklanej, plastik może zafarbować od kurkumy) mieszamy olej, sos sojowy, kurkumę, chili i pieprz, po czym wkładamy indyka i pokrywamy go równomiernie marynatą. Zostawiamy na 2 godziny, może być nawet na całą noc. Po tym czasie indyka wkładamy do rękawa do pieczenia, razem z marynatą, zawijamy bardzo szczelnie i wkładamy do piekarnika nagrzanego na maxa. Po piętnastu minutach zmniejszamy temperaturę do 180 stopni i pieczemy jeszcze przynajmniej godzinę, może być trochę więcej jeżeli kawałek jest rzeczywiście duży.

Po wyjęciu kroimy na kawałki i TADAAAM!

Można podać  z pesto z rukoli i z sałatą z gruszkami i burakami duszonymi w cynamonie i balsamico.

Siadamy sobie wygodnie w przyjemnym towarzystwie i cieszymy się pysznym żarciem. Bierzemy głęboki wdech i zapominamy o tym, że drzwi naszej pięknej retro lodówki wiszą na jednym zawiasie po tym jak drugi urwał się jak ją otwieraliśmy żeby wyjąć indyka. I nie zastanawiamy się, jak to wyjaśnić panu, który przyjdzie we wtorek ją oglądać w ramach gwarancji i jak do tego cholernego wtorku w ogóle z nią dożyjemy. A już zwłaszcza nie wściekamy się na naszego pecha lodówkowego, którego wcześniej tylko podejrzewaliśmy, że go mamy, po tym jak nasza poprzednia lodówka wyzionęła ducha w najgorętszy dzień wakacji, kiedy proces rozkładu żarcia zachodził między wyjęciem go z lodówki a postawieniem na blacie, a dwa dni potem dołączyła do niej zamrażarka , kładąc tym samym kres naszym planom przyadaptowania jej na lodówkę ( bardzo się zresztą sprawdzała, pod warunkiem, że się nie zapomniało prowiantu wyjąć na czas) – a który teraz stał się oczywisty.  Nic z tych rzeczy. Jesteśmy zen i cieszymy się, że nie zawalił się dzisiaj pod nami chodnik na Szkolnej. A przecież mógł.

Spaghetti ze szpinakiem i czarnuszką

Dopiero co zaczęłam pisać blogusia, a już go zaniedbuję, oraz Was, moje dwie czytelniczki…

Ale nie moja wina, mam trzy zajebiste książki naraz, w tym dwie moich ulubionych pisarek, co nie zdarza się NIGDY. Skończyłam Marian Keyes, zarywając noce oraz zaniedbując wszystko w domu – na szczęście jako zakładka służy mi zdjęcie dzieci, więc pamiętam jak wyglądają, a teraz kończę ostatnią Emily Giffin, która niebezpiecznie zbliża się do czołówki w moim prywatnym rankingu. Ale nie, Marian zajmuje bardzo specjalne miejsce w moim secrcu, kocham ją na ament (jak byliście mali myśleliście, że się mówi ament?).  Unikanie przeze mnie sytuacji wiążących się z chwilowym wyjściem z czytelniczego cugu nabrało takiego natężęnia, że na poważnie rozważałam odmówienie przyjęcia tłumaczenia, i dopiero świadomość, że ostatnio mam masakrycznie mało zleceń, w połączeniu z bardzo realistyczną wizją komornika nadzorującego z pejczem w ręku wynoszenie mojego ukochanego kredensu z kuchni wraz z serwisem w ptaszki w celu uregulowania dwóch kredytów i kosmicznego czynszu w najbardziej zdzierskiej warszawskiej spółdzielni sprawił, że jednak rozsądek wziął górę. Tak więc miałam spędzić cały dzień na tłumaczeniu wyjazdowym. Jednak jak zjawiłam się o umówionej 6.30 w Novotelu to się okazało, że mój zleceniodawca się spóźni, a francuskiego kontrahenta ani widu ani słychu. Nawet nie miałam za złe zleceniodawcy tej godzinnej obsuwy, bo wreszcie mogłam w świętym spokoju poczytać.  Jak dojechał zadzwoniliśmy na górę do pokoju kontrahenta, o dźwięcznym imieniu Salvadore, który najpierw przez pięć minut próbował się obudzić, a jak już się obudził stwierdził kategorycznie, że on nic o żadnym spotkaniu przy recepcji nie wie. Ale że zejdzie do nas na chwilę, skoro już go obudziliśmy Zszedł, i okazało się, żę nie wie również nic o żadnym wyjeździe nad morze i że on proponuje wszystko załatwić tu w Warszawie, a teraz chodźmy na kawę i na brioche. Na próbę wytłumaczenia mu przez mojego zleceniodawcę, nazwijmy go panem Z,  że fabryka znajduje się nad morzem, przez co spotkanie w Warszawie byłoby raczej mało efektywne, oznajmił, że w ogóle to ktoś miał go wczoraj odebrać z lotniska, pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował, a potem przez całe popołudnie nikt nie zadzwonił, i teraz to on w ogóle nie ma ochorty robić interesów z panem  Z, ale chodźmy na kawę i na brioche.  Na tym etapie rozmowy miałam już pewne pojęcie, że smykałki do interesów pan Z raczej nie ma, plus nie zaszkodziłby mu przyspieszony kurs w zakresie interpersonal skills, najlepiej ze ściągą na kartce. Po trzech godzinach kompletnie bezcelowych rozmów, których jedynym merytorycznym wynikiem był fakt, że rzeczywiście w którymś momencie przenieśliśmy się z lobby do restauracji na kawę i na croissanty, z braku brioche, panowie, nie osiągnąwszy konsensusu, pożegnali się obrażeni, a ja z cichą satysfakcją wróciłam do domu i pogrążyłam się w lekturze. Natomiast pan Salvadore jeszcze do mnie wieczorem dzwonił pytając, skąd ja wytrzasnęłam takiego cymbała i czy nie chciałabym przypadkiem zostać jego agentką w Polsce na 5% prowizji!

Anyway. Mam tak, że jak w książce jedzą, to ja też muszę, więc na szybko zrobię spaghetti ze szpinakiem i wracam do lektury, bo muszę się dowiedzieć, co z Conradem.

Spaghetti ze szpinakiem i czarnuszką

Składniki (porcja na 2-3 osoby)

1 kg szpinaku (szpinak baaardzo traci objętość podczas obróbki termicznej, za każdym razem jestem w szoku jak z góry liści zostaje mała miseczka)

Pół pęczka koperku

6 ząbków czosnku

Masło klarowane

Łyżka czarnuszki

Pieprz.

Ew. sól

Niecała paczka makaronu razowego z pszenicy durum

Do posypania: czarny sezam, siemię lniane, ewentualnie parmezan

Szpinak obieramy (usuwamy ogonki liści, chyba że ktoś lubi – ja nie). Myjemy porządnie i na chwilę odstawiamy na durszlaku żeby się osuszył. Obieramy czosnek i kroimy na plasterki, myjemy koperek i też kroimy. Osuszony szpinak kroimy dość drobno, to nie trzeba będzie potem miksować.

W garnku rozpuszczamy masło klarowane i na gorące wrzucamy plasterki czosnku, chwilę przyrumieniamy na dużym ogniu, po czym zmniejszamy ogień na najmniejszy, dorzucamy czarnuszkę i przykrywamy.

Po kilku minutach sam-na-sam czarnuszki z czosnkiem dorzucamy koperek.

Mieszamy i dorzucamy szpinak. Mieszamy znowu, doprawiamy pieprzem i ewentualnie solą i zostawiamy na 10 minut na małym ogniu. W tym czasie gotujemy makaron razowy, zawsze przed czasem podanym na opakowaniu sprawdzając czy aby nie już, bo często podają za długi. Odlewamy makaron i sprawdzamy co tam w garnku. Powinno być mniej więcej tak:

Szpinak powinien puścić sok i być już gotowy. Gdyby jakimś cudem nie puścił soku, dolewamy odrobinę wody (albo, jeśli chcemy słoniej, sosu sojowego), żeby się nie przypalił i jeszcze kilka minut zostawiamy w garnku na większym ogniu, często mieszając. Jeśli po tych 10 minutach wygląda już OK, zwiększamy gaz i też mieszamy, żeby odparować trochę tego płynu. I już! Gotowe!

Nakładamy na makaron i posypujemy siemieniem lnianym zmiksowanym poł na pół z czarnym sezamem.

Brzmi może odrobinę odstraszająco, ale wierzcie mi, jest pyszne! I super-zdrowe! Mieszamy wszystko w miseczce i wcinamy.

Dla nieprzekonanych – zamiast siemienia i sezamu posypujemy parmezanem. Czosnek i czarnuszka powinny dać radę zrównoważyć tę odrobinę nabiału 🙂