Spaghetti ze szpinakiem i czarnuszką

Dopiero co zaczęłam pisać blogusia, a już go zaniedbuję, oraz Was, moje dwie czytelniczki…

Ale nie moja wina, mam trzy zajebiste książki naraz, w tym dwie moich ulubionych pisarek, co nie zdarza się NIGDY. Skończyłam Marian Keyes, zarywając noce oraz zaniedbując wszystko w domu – na szczęście jako zakładka służy mi zdjęcie dzieci, więc pamiętam jak wyglądają, a teraz kończę ostatnią Emily Giffin, która niebezpiecznie zbliża się do czołówki w moim prywatnym rankingu. Ale nie, Marian zajmuje bardzo specjalne miejsce w moim secrcu, kocham ją na ament (jak byliście mali myśleliście, że się mówi ament?).  Unikanie przeze mnie sytuacji wiążących się z chwilowym wyjściem z czytelniczego cugu nabrało takiego natężęnia, że na poważnie rozważałam odmówienie przyjęcia tłumaczenia, i dopiero świadomość, że ostatnio mam masakrycznie mało zleceń, w połączeniu z bardzo realistyczną wizją komornika nadzorującego z pejczem w ręku wynoszenie mojego ukochanego kredensu z kuchni wraz z serwisem w ptaszki w celu uregulowania dwóch kredytów i kosmicznego czynszu w najbardziej zdzierskiej warszawskiej spółdzielni sprawił, że jednak rozsądek wziął górę. Tak więc miałam spędzić cały dzień na tłumaczeniu wyjazdowym. Jednak jak zjawiłam się o umówionej 6.30 w Novotelu to się okazało, że mój zleceniodawca się spóźni, a francuskiego kontrahenta ani widu ani słychu. Nawet nie miałam za złe zleceniodawcy tej godzinnej obsuwy, bo wreszcie mogłam w świętym spokoju poczytać.  Jak dojechał zadzwoniliśmy na górę do pokoju kontrahenta, o dźwięcznym imieniu Salvadore, który najpierw przez pięć minut próbował się obudzić, a jak już się obudził stwierdził kategorycznie, że on nic o żadnym spotkaniu przy recepcji nie wie. Ale że zejdzie do nas na chwilę, skoro już go obudziliśmy Zszedł, i okazało się, żę nie wie również nic o żadnym wyjeździe nad morze i że on proponuje wszystko załatwić tu w Warszawie, a teraz chodźmy na kawę i na brioche. Na próbę wytłumaczenia mu przez mojego zleceniodawcę, nazwijmy go panem Z,  że fabryka znajduje się nad morzem, przez co spotkanie w Warszawie byłoby raczej mało efektywne, oznajmił, że w ogóle to ktoś miał go wczoraj odebrać z lotniska, pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował, a potem przez całe popołudnie nikt nie zadzwonił, i teraz to on w ogóle nie ma ochorty robić interesów z panem  Z, ale chodźmy na kawę i na brioche.  Na tym etapie rozmowy miałam już pewne pojęcie, że smykałki do interesów pan Z raczej nie ma, plus nie zaszkodziłby mu przyspieszony kurs w zakresie interpersonal skills, najlepiej ze ściągą na kartce. Po trzech godzinach kompletnie bezcelowych rozmów, których jedynym merytorycznym wynikiem był fakt, że rzeczywiście w którymś momencie przenieśliśmy się z lobby do restauracji na kawę i na croissanty, z braku brioche, panowie, nie osiągnąwszy konsensusu, pożegnali się obrażeni, a ja z cichą satysfakcją wróciłam do domu i pogrążyłam się w lekturze. Natomiast pan Salvadore jeszcze do mnie wieczorem dzwonił pytając, skąd ja wytrzasnęłam takiego cymbała i czy nie chciałabym przypadkiem zostać jego agentką w Polsce na 5% prowizji!

Anyway. Mam tak, że jak w książce jedzą, to ja też muszę, więc na szybko zrobię spaghetti ze szpinakiem i wracam do lektury, bo muszę się dowiedzieć, co z Conradem.

Spaghetti ze szpinakiem i czarnuszką

Składniki (porcja na 2-3 osoby)

1 kg szpinaku (szpinak baaardzo traci objętość podczas obróbki termicznej, za każdym razem jestem w szoku jak z góry liści zostaje mała miseczka)

Pół pęczka koperku

6 ząbków czosnku

Masło klarowane

Łyżka czarnuszki

Pieprz.

Ew. sól

Niecała paczka makaronu razowego z pszenicy durum

Do posypania: czarny sezam, siemię lniane, ewentualnie parmezan

Szpinak obieramy (usuwamy ogonki liści, chyba że ktoś lubi – ja nie). Myjemy porządnie i na chwilę odstawiamy na durszlaku żeby się osuszył. Obieramy czosnek i kroimy na plasterki, myjemy koperek i też kroimy. Osuszony szpinak kroimy dość drobno, to nie trzeba będzie potem miksować.

W garnku rozpuszczamy masło klarowane i na gorące wrzucamy plasterki czosnku, chwilę przyrumieniamy na dużym ogniu, po czym zmniejszamy ogień na najmniejszy, dorzucamy czarnuszkę i przykrywamy.

Po kilku minutach sam-na-sam czarnuszki z czosnkiem dorzucamy koperek.

Mieszamy i dorzucamy szpinak. Mieszamy znowu, doprawiamy pieprzem i ewentualnie solą i zostawiamy na 10 minut na małym ogniu. W tym czasie gotujemy makaron razowy, zawsze przed czasem podanym na opakowaniu sprawdzając czy aby nie już, bo często podają za długi. Odlewamy makaron i sprawdzamy co tam w garnku. Powinno być mniej więcej tak:

Szpinak powinien puścić sok i być już gotowy. Gdyby jakimś cudem nie puścił soku, dolewamy odrobinę wody (albo, jeśli chcemy słoniej, sosu sojowego), żeby się nie przypalił i jeszcze kilka minut zostawiamy w garnku na większym ogniu, często mieszając. Jeśli po tych 10 minutach wygląda już OK, zwiększamy gaz i też mieszamy, żeby odparować trochę tego płynu. I już! Gotowe!

Nakładamy na makaron i posypujemy siemieniem lnianym zmiksowanym poł na pół z czarnym sezamem.

Brzmi może odrobinę odstraszająco, ale wierzcie mi, jest pyszne! I super-zdrowe! Mieszamy wszystko w miseczce i wcinamy.

Dla nieprzekonanych – zamiast siemienia i sezamu posypujemy parmezanem. Czosnek i czarnuszka powinny dać radę zrównoważyć tę odrobinę nabiału 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s