Sushi

Ha ha, ale nie robimy, tylko zamawiamy 🙂

Jestem zj…męczona jak koń po westernie, a jeszcze przede mną wieczór czytania Franklina i poważnych rozmów na temat tego, czy fakt, że Majka w szkole tak popchnęła Martynkę, że ta wylądowała na pogotowiu jest wystarczającym argumentem żeby moja córka odmówiła chodzenia z Majką na angielski do Pałacu.

W drodzedo domu, w przypływie endorfin, które zawsze towarzyszą świeżo i przyjemnie zarobionej kasie, zakupiłam zestaw Tokyo w Hana Sushi,  i moja dzisiejsza działalność w kuchni będzie polegać na otwarciu Château Les Petits Moines (tydzień francuski w Lidlu, jest fantastyczne, a właściwie było, bo chyba całe wykupiłam) i nalaniu sosu sojowego do miseczek. Chociaż, może zrobię jeden sosik do sushi.  Mało pracochłonny a pyszny. Ale to potem.

***

Dobra, sushi pożarte (jak to jest że człowiek zawsze jak się na nie tak rzuca to nie pamięta jak ostatnim razem jęczał z przeżarcia ), dzieci ogarnięte z minimalnym tylko uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym (moim), makijaż „dobry” – do pracy – zmyty, soczewica na jutro namoczona.

Niech to krowi, dobrze tak sobie usiąść przy stole z herbatką waniliową. Zwłaszcza że mogłabym już nie żyć. A było to tak:

Jechałam sobie spokojnie na EKG.  Na które kazała mi jechać moja pani doktor, której wierzę jak… no jak nie wiem komu, w każdym razie bardzo, mimo że diagnozuje wahadełkiem. Z powodu tego wahadełka miałam swojego czasu gehennę z Łukaszem, który zarzucał mi regularnie i niezbyt miłymi słowy i tony, że dziecko ciągam po szarlatanach, aż w końcu pani doktor wyleczyła mu córkę z permanentnego zapalenia ucha i idącej za nim głuchoty za pomocą diety i kropelek, uchraniając ją tym samym przed drenażem uszu w full narkozie w Kajetanach, i się zamknął. A nawet raz go podsłuchałam jak jakiemuś koledze panią doktor POLECA.  Nie żeby go to nauczyło że miewam dobre pomysły, oczywiście.

No więc jadę sobie spokojnie na to EKG na Nowolipie, w samochodzie leci autorelaks, co go kiedyś kupiłam w porywie miłości do siebie samej i od tej pory codziennie sobie obiecuję, że dziś właśnie jest ten dzień, w którym zrobię porządek ze swoimi zszarganymi nerwami i nauczę się wyciszać i być mega zen i wyjmę wreszcie płytę z folii, i dziś właśnie BYŁ ten dzień, no bo przecież kiedy się wyciszyć jak nie jak się jedzie na EKG? No więc jadę sobie Złotą, relaksuję się w opór, aż tu nagle, z tak zwanego zaskoku, chce przede mnie wjechać srebrny SUV. Oczywiście bez sygnalizowania jakiegokolwiek skrętu, ba, nawet bez zapalonych świateł, po prostu wyglądał jakby stał zaparkowany na nielegalu na trzeciego, jak wszyscy tam, i nagle, sru, jedzie koło mnie  na wąziutkiej Złotej i się pcha. Oczywiście nie wpuszczam go, nawet nie z wrodzonej złośliwości, ale po prostu za późno jarzę, co koleś robi – w końcu ja się tu relaksuję, nie?  Zdążyłam zapomnieć o sprawie, a tu nagle na światłach przed Solidarności widzę we wstecznym, że z SUVa wyłazi pan, duży i w dresiwie, i idzie w moją stronę. Opuszczam szybę, odwracam się do niego  z uśmiechem (relaks i zen) i otwieram usta, żeby powiedzieć, że nie widziałam, że on w ogóle rusza, ale nie jest mi dane wydać nawet jednego dźwięku, bo w tym momencie dżentelmen, którego nalana twarz wypełnia już moje okno, a kajdan ze znakiem zodiaku skorpion wisi do podłogi, zwraca się do mnie tymi słowy: Jak jedziesz, kurwo jebana?!!!! Ja wiozę kobietę i dziecko!!! Po czym wali pięściami w moją maskę dla podkreślenia wagi  wypowiedzi.

I niestety: chciałabym powiedzieć, że pozostałam zen, że mój oddech był świetlistą energią, a ja patrząc na czerwoną gębę drącego się prymitywa czułam spokój i wybaczenie. Ale prawda jest taka, że puściłam mu  wiąchę, której nie powstydziłby się najbardziej praski z prażan, a która zwierała m.in. moją opinię na temat jego manier drogowych i gustu odzieżowego, a także ocenę usłanego różami życia, jakie z pewnością wiodą z nim wspomniana kobieta i dziecko.

Nie jestem z siebie dumna. Ale tak szczerze to trochę jestem. Mimo że jak już podjechałam pod przychodnię i przestałam się trząść, to dotarło do mnie, że nie wszyscy ludzie są normalni. A gdyby mnie tak kropnął bejsbolem w czaszkę?

A EKG w porządku, jakby się ktoś martwił. Jeden drech nie wystarczy, żeby mi serce rozregulować najwyraźniej.

Na szczęście prosto stamtąd jechałam na dwunastą na tłumaczenie do fabryki – i mam tu na myśli prawdziwą fabrykę, taką z halą produkcyjną i maszynami, gdzie przez kolejne pięć godzin ubrana w biały fizelinowy czepek i takiż fartuch w rozmiarze XXXL uczestniczyłam w szkoleniu na nówce sztuce francuskiej maszynie na zakręcania słoików. I zrelaksowało mnie to bardziej niż sto świetlistych energii.  Na koniec mogłam nawet pomóc w przezbrojeniu! A jak opowiedziałam chłopakom operatorom o swojej przygodzie na Złotej pouczyli, że gdybym kiedyś miała podobny problem, spisać numery i do nich. A oni już będą wiedzieli, co zrobić…

Anyway, o sosiku.

Jeżeli ktoś miałby ochotę na zfusionowanie trochę swojego sushi, to zamiast sosu sojowego i wasabi można sobie użyć innych ostrych sosików.( Albo chrzanu, u-wiel-biam, dziś też był grany.)

Ostry sosik ziołowy

Składniki:

Oliwa z oliwek

Pęczek ziół (natka albo rukola albo bazylia albo koperek)

Dużo czosnku

W wersji hardkorowej papryczki piri-piri

Sól do smaku

Miksujemy wszystko na jednolitą masę blenderem i mamy sosik. Mówiłam, że proste. Taki sosik to pyszny dodatek do wszystkiego, od kotletów schabowych, poprzez ziemniaki pieczone, po sushi właśnie. Jest to po prostu pesto, tylko minus ser i minus orzeszki.

Enjoy, a ja idę do samochodu po autorelaks, bo zapomniałam zabrać. A w końcu to TEN dzień.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s