Strusie jajo!

Mamy strusie jajo. Leży w lodówce od ponad tygodnia, kiedy to dostaliśmy je w prezencie od jednego gościa z CouchSurfingu, który ma dziewczynę na SGGW i czasem u nas nocuje. Znaczy się drugi raz był. Jego pobyt zazębił się z naszym wyjazdem na bieszczadzkie wesele, i nawet się przez chwilę w samochodzie zastanowiliśmy, czy to nie jeden z tych psychopatów, którzy pod płaszczykiem przesympatycznego doktoranta skrywają zakusy na rozprawienie się w krwawej masakrze z dwójką dzieci nieobecnych gospodarzy i zajmującej się nimi babci, ale okazało się, że jednak nie.  Odjechał w niedzielę pozostawiwszy po sobie świetne wrażenie na zachwyconej nim mojej mamie oraz strusie jajo. No więc jak dziś wracałyśmy z córką zmęczone ale szczęśliwe z parku linowego, gdzie córka tylko raz dostała histerii na przeszkodzie „Zjazd tyrolski pierwszy” (po pierwsze dlatego, że boi się zjazdów, a po drugie dlatego, że nazwa sugeruje, iż gdzieś przed nami jeszcze jeden zjazd tyrolski – raz tylko dostała, ale za to tak, że pod nasze drzewo zleciała się masa przerażonych instruktorów i po gorączkowej naradzie zaproponowała, że ktoś po nią wejdzie. Na szczęście metodą, która nie jest może rodem prosto z Good Parenting, ale za to działa niezawodnie od 10 lat (Jak przestaniesz się drzeć i przejdziesz trasę do końca idziemy na lody) rozwiązałam problem w trzy sekundy, doszłyśmy bez przygód do następnego zjazdu tyrolskiego, gdzie moja nieprzewidywalna córka stwierdziła, że bardzo fajne są w ogóle zjazdy tyrolskie, ona bardzo lubi, i ochoczo rzuciła się przed siebie, podczas kiedy na poprzednim musiałam ją siłą palec po palcu odrywać od linki na drzewie i zepchnąć, i że niepotrzebnie się bała, i kiedy przyjedziemy tu znowu) postanowiłyśmy, że nadszedł czas by nasze jajo przekształcić w konsumpcję.

Zdążyłyśmy jeszcze na końcówkę bazarku, gdzie na stoisku pana Mirka w pustawych skrzynkach udało nam się jeszcze coś zastać, chociaż nota bene nie zastałyśmy pana Mirka, gdyż, jak mnie poinformowała jego mama, bawi na weselu. W związku z tym na przykład jutro nie będzie dyni, bo ona nie będzie tego tachać. Dobrze było wiedzieć, dynię na poniedziałek zakupiłam zatem już dziś, razem z szałwią, szpinakiem, cebulą i czosnkiem do jaja i wróciłyśmy do domu. Gdzie poddusiłam wszystkie dodatki na patelni, a następnie zespołowo z namaszczeniem wyjęliśmy jajo z lodówki – ostrożnie, bo drzwi dalej spadają, panowie z reklamacji jeszcze nie dojechali z nowymi, ale już nam weszły w krew i prawie nie ma sytuacji, że ktoś zapomni i drze się na całą chatę, że mu spadło na nogę – położyliśmy na blacie i spojrzeliśmy w zadumie. W końcu pan domu wziął uroczyście w dłoń nóż, popukał w jajo nad miską, i…  nic, bien sûr, bo jak się okazuje, takie jajo ma nieźle pancerną skorupę. Oczywiście nie przyszło nam do głowy, żeby zguglowac jak się takie jajo rozbija, pan domu po prostu tak długo pukał w jedno miejsce, aż się zrobiła dziurka, w którą następnie wsadził palucha, powiększył ją do kilku centymetrów i wylał przez nią zawartość do miski.

I powiem wam, że trzeba mieć dużą patelnię. Moja ma średnicę na górze 33 cm i ledwie wystarczyła. Jak nam kolega z CouchSurfingu powiedział, że takie jajo odpowiada dwudziestu kurzym to szczerze mówiąc nie wzięłam tego poważnie, ale chyba to jednak prawda, bo wyszła tego taka masa, że każdy z nas miał na talerzu kopiastą porcję, plus jeszcze akurat wpadł sąsiad z ósmego i też się załapał, plus jeszcze zostało.

Jajecznica z szpinakiem i z szałwią

Składniki na 6-8 osób:

Jedno strusie jajo. Lub dwadzieścia kurzych, obviously (kurze to przemiana ziemi, strusie – nie mam pojęcia)

15-20 listków świeżej szałwii (ogień) (szałwia to absolutnie fantastyczna roślina, mogłabym napisać na jej cześć hymn pochwalny, dla zainteresowanych: http://www.panacea.pl/articles.php?id=161 – jeszcze nie umiem wklejać linków pod słowami)

Pęczek świeżego szpinaku (ziemia)

2 cebule (metal)

10 ząbków czosnku (metal)

Pieprz (metal)

Sól (woda)

Masło klarowane (ziemia)

Obieramy i myjemy cebule i czosnek, kroimy na piórka i plasterki. Obieramy i myjemy szpinak, kroimy drobno. Myjemy szałwię i też kroimy drobno.

Na patelni rozpuszczamy masło klarowane. Sporo. Na gorące wrzucamy cebule i czosnek i dusimy chwilę na małym ogniu, do pół-miękkości. Dorzucamy szałwię, mieszamy, dorzucamy szpinak, mieszamy, przykrywamy na 5 minut co jakiś czas mieszając. W tym czasie w misce mieszamy jajo (lub jaja :-)) z solą i pieprzem do smaku, może być też chili. Jak sytuacja na patelni ma się już na miękko, czyli mniej więcej tak: dorzucamy zawartości miski na duży ogień i mieszamy często żeby się nie przypaliło: Jak ktoś lubi na glutowo to krócej, jak ktoś lubi na ścięto to dłużej. Proste. Żeby mieć wszystkie pięć przemian na talerzu przemianę drzewa dodajemy w postaci wczorajszych rydzów w occie i bagietki orkiszowej, chyba że akurat jesteśmy na wojennej ścieżce z panią z budki z pieczywem, wtedy wysyłamy kogoś innego i też podajemy z bagietką orkiszową. Smacznego!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s