O tym jak miastowa pasternaku szukała

No więc wymyśliłam fajne danie z pasternakiem. I to miał być mój następny wpis. Nie przewidziałam tylko tego, że nigdzie, ale to NIGDZIE, nie znajdę cholernego pasternaku.

Po wielu perypetiach*, których nie mam teraz czasu opisywać, bo zaraz jedziemy do Esencji Smaku na wycinanie halloweenowych dyniek, w skrajnej desperacji udałam się dziś do osławionego pana Ziółko, o którym słyszałam i czytałam, ale do którego jeszcze nigdy nie dotarłam. Kręglicka zachwyca się nim w co drugim swoim felietonie, a on w środy handluje u niej pod knajpą, i tak sobie żyją jak borowik z dębem. Ciągle mi w środy coś wypadało, aż w końcu postanowiłam że today is the day, muszę mieć swój pasternak do przepisu i basta, i wyruszyłam wesoło ku centrum . Po czterdziestu minutach w samochodzie, którym pokonałam w tym czasie jakieś osiem metrów, nie byłam już taka wesoła, ale postanowiłam, że szalony eksodus  warszawiaków nie odwiedzie mnie od raz podjętej decyzji, i wlokłam się dalej w ślimaczym tempie, które stawało się jeszcze bardziej ślimacze w pobliżu większych sklepów i bazarków, bo ci warszawiacy, którzy akurat nie stali w korku żeby wyjechać z miasta, stali akurat w korku żeby pojechać po sto kilo zapasów, bo w końcu, jak wiadomo, jeden dzień wolny, w którym nie można kupić jedzenia, to z pewnością jest ten dzień, w którym nad Polskę nadciągnie zbłąkane tropikalne tornado.

Pan Ziółko owszem, był, ale pasternaku nie miał, za to jako pierwszy z pytanych przez mnie sprzedawców nie spojrzał na mnie ze zdumieniem pomieszanym z przerażeniem, tylko rzekł rzeczowo, że będzie za tydzień, bo nie chciało mu się w tym śniegu grzebać teraz.

I tyle.

Więc przepis będzie za tydzień, a tymczasem kupiłam u niego to:

Czyli mieszanka różnych sałat, rukoli, endywii i roszpunki, a to drugie to słonecznik bulwiasty. Pierwsze słyszę, pan Ziółko mówi, że się gotuje jak ziemniaki, tylko jest trochę upierdliwe w obieraniu.

Zapłaciłam całe pięć zyli, bo za słonecznika mi nie policzył, kazał spróbować i powiedzieć, czy mi smakuje, po czym wróciłam do domu, oczywiście w jeszcze większych korkach, bo zdążyła się zrobić godzina szczytu. To się nazywa oddanie sprawie. Pasternakowej. A teraz lecę wycinać dyńki.

* Opiszę jak wrócę z Esencji. Plus napiszę co mieli dobrego. Odkąd byłam ostatnio, czyli strasznie dawno, zdążyli się wystawiać na Noble Wine & Food, więc spodziewam się rarytasów.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s