Insalata delle puntarelle

Biedna puntarella musiała sporo przejść zanim wylądowała na naszych warszawskich talerzach. Miałam wprawdzie zamiar zostawić ją do wieczora w Pizza Re, gdzie jadłyśmy lunch, ale akurat za kontuarkiem był inny facet zamiast znajomego cherubinka, więc przemierzyła z nami w plecaku Rzym od Piazza del Popolo przez Piazza Navona po Piazza Venezia. A to był dopiero początek jej podróży.

Jak już wieczorem dotarłyśmy do Carmeli, z zewnętrznych liści zrobiłyśmy sałatkę, ku zgrozie naszej gospodyni, która powiedziała, że tych się nie je, po czym zajadała się z nami jak wściekła, a reszta wylądowała w lodówce czekając na transfer do Polski.

Następnie puntarella została spędziła 7 godzin spędziła na lotnisku, gdzie okazało się że nasz samolot nawet jeszcze nie wyleciał z Polski, ba, nawet nie wiadomo O KTÓREJ wyleci z Polski, i gdzie znowu musiała zostać upchnięta w plecaku, tym razem z powodu groźnie wyglądającej pani dzierżącej w dłoni miarkę do mierzenia bagażu, jak już przyszło do wchodzenia do samolotu, a potem jeszcze na lotnisku w Modlinie okazało się, że nasz autobus, na który miałyśmy z góry kupione bilety, już nie kursuje o tej porze i czekałyśmy w nieskończoność na kolejkę. Okazuje się jednak, że puntarella to twarda sztuka, i sałatka z niej, zrobiona zgodnie z instrukcjami pani z Campo de’ Fiori, jest naprawdę pyszna.

A instrukcje są proste.

Obieramy roślinę ze wszystkich zewnętrznych listkówbez liści zewnętrznych aż do dokopiemy się do białawych trzonków przypominających szpragi.same łodyżki

Myjemy je, kroimy na paski, i wrzucamy na pół godziny do bardzo zimnej wody. obieranieSkręcą się w tym czasie (nie w spiralki, jak mówiła pani straganiarka, ale nie wykluczam, że coś tam sobie dośpiewałam, ten akcent był zabójczy) i zrobią chrupkie.do zimnej wody

Po pół godzinie odcedzamy i doprawiamy jak nam sie podoba – tradycyjny przepis na instalata delle puntarelle alla romana zawiera rozgniecione anchois, ale ja zamiast nich użyłam czarnych suszonych oliwek i też było pysznie. Plus vinaigrette z dużą ilością czosnku.Puntarella

PS. Zrobiłam też wersję z rukolą i okazuje się, że puntarella i rukola dwa bratanki! puntarella z rukolą

Reklamy

Rzym od kuchni

Pierwszy raz byłam w Rzymie w sezonie nie-letnim i było mi bosko. Temperatura 19 stopni jest optymalna na wędrowanie uliczkami, wreszcie się człowiek nie poci jak prosię i nie marzy obsesyjnie o kolejnym kraniku ściennym żeby się do niego przyssaę pożądliwie, a następnie wytaplać. Po wyjściu z samolotu natychmiast odrzucilyśmy wraz z córką wszystkie dziewięć warstw ciuchów, w które wczesnym warszawskim rankiem się przyodzialyśmy, i to wcale nie dlatego (no dobra, nie TYLKO dlatego) żeby oszczędzać cenne miejsce w bagażu kontrolowanym przez WizzAir co do milimetra, i tak w krótkim rękawku  stanęłyśmy oko w oko w rzeszą odzianych w polary i puchowe kamizele pracowników lotniska lypiących ze zgrozą na nasze roznegliżowane łokcie. Pomyślałysmy sobie, że zimno im na tym lotnisku, pewnie muszą latać po płycie i w ogóle, ale po dotarciu do centrum okazało sie, iż sezon syberyjsko-arktyczny panuje tu wszędzie,  Włosi poruszają się po mieście okutani w kilogramy wełny i GORE-TEXu, nerwowo chuchając z dłonie dla rozgrzania przymarzniętego do nich szronu i z pośpiechem zamykajac za sobą drzwi trattorii żeby nie naleciało zimno. Wreszcie może sobie czlowiek spokojnie usiąść na lanczyk przy stoliku na zewnątrz bez ryzyka ze zostanie a) zadymiony na śmierć przez ośmiu Rzymian ze stolika obok odpalających jednego od drugiego, b) ogłuszony przez tychże Rzymian rechoczących z wybitnie śmiesznych żarcików c) rozdeptany przez nich jak już zjedzą, wypalą i będą na wpołżywi ze śmiechu kierować sie ku wyjściu. Wszystko to dzieje sie teraz w środku, gdzie, w co popularniejszych lokalach, ludzie dosłownie siedzą jedni na drugich z braku miejsca, no i pewnie też dla ogrzania, a ci przy stolikach przy oknie co jakiś czas spoglądaja na osoby zajmujące stoliki w ogródku i maja takie miny, jaką ja muszę mieć jak w Wiadomościach pokazują tych, co taplają sie w przeręblach. Tylko palenie nadal odbywa sie na zewnątrz, ale ograniczają się do jednego szybiego papieroska i wpadają znowu do środka, trąc zesztywniałe z zimna dłonie.

I nic nie szkodzi, że na ulicach obłędnie pachną kwitnące kwiaty i dojrzale cytrusy.  Jest zima i już. Dlatego w listopadzie osoba ubrana w krótki rękaw to wariat albo turysta. Proste.

W ogóle w listopadzie Rzym pachnie cudnie. Może to te pieczone kasztany, a może brak upału? A już w porze lunchu i kolacji jest obłęd.

My pierwszą naszą rzymską kolację zjadłyśmy na Piazza di Santa Maria Liberatrice, a składały się na nią oliwki, gruboziarnista była, gumowa, jak wszystkie włoskie buły, ricotta i małe winko otwarte metodą wciśnięcia korka do środka kluczem jak za starych dobrych czasów (ja) oraz sok pomarańczowy (córka). Wszystko to z pobliskiego sklepu Conad, do którego mam sentyment od czasu toskańskich wakacji, kiedy to w Follonice w największy skwar schodziliśmy z plaży prosto do marketu Conad właśnie, a następnie obładowani dobrami wszelakimi zalegaliśmy w stylu rumuńskim w pobliskim lasku piniowym otoczeni boskim zapachem drzew i kwiatów oraz drzemiącymi na ławeczkach handlarzami plażowymi.

Niestety, córka nie doceniała zalet tej pysznej i w ciekawych okolicznościach natury wcinanej kolacji, gdyż akurat miała focha. Foch wynikała z faktu, iż nastawiła się na trattoriową ucztę, niepomna faktu, iż Włosi dużo później robią się głodni niż my i że wszystkie trattorie czynne są od 19.  Tak więc jak w kolejnej pocałowałyśmy klamkę, nie wytrzymała, usiadła z płaczem na chodniku, i krzyknęła boleściwie: Po co mnie tu przywiozłaś, ŻEBY CHODZIĆ??! Na szczęście okazuje się, że szybka rundka do Conada po ciastka czekoladowe dobrze robi na focha.

A okoliczności natury były rzeczywiście ciekawe, bo nie dość, że placyk jest bardzo urokliwy, zwłaszcza wieczorem, oraz zawiera zero turystów, to jeszcze rozgrywała się na nim jakże włoska scena:

Dokładnie naprzeciwko naszej kolacyjnej ławeczki stała zaparkowana furgonetka przeprowadzkowa z dumnym napisem Mondo convenienza – la nostra forza è il prezzo. Przez zaparkowana rozumiem oczywiście  zostawiona na ulicy tak jak jechała, tylko z wyłączonym silnikiem.  Musiało to nastąpić jakiś czas przed naszym przybyciem, bo za furgonetką już zdążyła ustawić się spora kolejka rzymskich pojazdów, z czego pierwszy, autobus, skutecznie blokował jakikolwiek ewentualny skrawek pozwalający w innych okolicznościach mniejszym samochodom furgonetkę ominąć. Niektóre pojazdy stojące za autobusem zdążyły już zostać chwilowo porzucone przez swoich właścicieli, wychodzących ze słusznego założenia, że skoro nie da się pojechać ani do przodu ani do tyłu, można równie dobrze skoczyć na róg Piazzy po fajki i szybki kupon lotto. Na placyku oprócz nas z zainteresowaniem przyglądała się sprawie grupka starszych dżentelmenów z pieskami, i kilka mam z dziećmi, i powoli zaczęto się rozglądać za kierowcą furgonetki. Minuty upływały, i ci z kierowców, którzy jednak pozostali w samochodach, zaczęli w końcu tracić cierpliwość i potrąbywać, podpierając się kolorowymi przekleństwami pod adresem nieobecnego nadal kierowcy Mondo convenienza.

Córka, Polka w końcu, mówi: Ocho, zaraz zawołają policję i będzie się działo! (A mieliby kogo wołać, wszelkiej maści carabinierów i polizii w Rzymie co niemara, i na dodatek chodzą czwórkami, chyba żeby podwyższyć wskaźnik zatrudnienia.)

W końcu jeden z bardziej spieszących się kierowców z unieruchomionej kolejki rzeczywiście wysiadł z samochodu  i przystąpił do działania, a polegało ono na tym, że podszedł do innego kierowcy, wychodzącego z Tabaccherii z kuponem lotka, po czym obaj, po krótkiej konferencji podeszli do kierowcy autobusu, stojącego już od dobrych 10 minut w kafejce z widokiem na autobus i pijącego kawkę. Po kolejnej krótkiej naradzie trzej panowie podeszli do furgonetki, pogrzebali przy drzwiach, po czym jeden wszedł do środka i dał na luz, a dwaj przepchali furgonetkę tam, gdzie nigdzie nie przeszkadzała, choć może niekoniecznie była łatwa do znalezienia dla swojego kierowcy, jak już wróci, i wszyscy wesoło wrócili do swoich pojazdów i sobie pojechali. I żaden z miliona policjantów nawet nie musiał kiwnąć palcem. Możecie mówić co chcecie o Włochach, ale nasz pieniacki i donośliwy naród mógłby się od nich co nieco nauczyć na temat podejścia do życia.

Oczywiście obowiązkowym punktem programu bylo Campo de’ Fiori, tak żeby jeszcze załapać sie na targ, czyli do jakiejś 13.  Kocham to miejsce, po prostu mogłabym tam zamieszkać. Akurat miedzy mozzarellami i suszonymi owocami był przytulny kwadrat, ale szybko zajął go przedsiębiorczy jegomość handlujacy takimi żelowatymi zabaweczkami w jaskrawych kolorach, co jak się rzuci o blacik to się rozpłaszcaja, a potem wracają do swojego kształtu. Z trudem odwiodłam córkę od pomysłu zakupienia jednej takiej dla syna jako pamiątki z Rzymu.

Niestety, nie miałam jak gotować za bardzo, więc ograniczyłam się tylko do zrobienia masy zdjeć i zakupienia czegoś, co się nazywa puntarella (soczyście, nie? Trochę jak delikatne przekleństwo: Puntarella! Miałeś odrobić lekcje!) i wygląda tak:

Na moje pytanie, jak to się je, pani straganiarka najpierw sieknęła potokiem pięknego dialektu, nierozpoznanego przeze mnie kompletnie, a na widok mojej tępej miny wzięła mnie za łokieć na tył straganu razem z puntarellą właśnie i zrobila szybką demonstrację, nadal mówiąc w swoim mocnym akcencie, tylko juz głośniej, żebym lepiej rozumiala, co nie. Okazuje się, że spożywa sie puntarellę na surowo, te zewnętrzne liscie, ale bez grubych łodyg, a te środkowe jakby głąby sie kroi wzdluż na paseczki, wrzuca do zimnej wody na pół godziny z odrobiną cytryny żeby nie ściemnialy i one wtedy się skręcaja w spiralki i robią bardzo chrupiące.

Ze swieżo nabytą puntarellą poszłyśmy z córką dalej i, ku mojej bezgranicznej radości, łaskawy los skierował nasze kroki prosto na Pana Truflowego, który nie tylko był bosko zaopatrzony w pyszności, ale również chętnie czynił degustację zawartości poszczególnych słoiczków na macy, a na koniec zapytał, czy długo będziemy w Rzymie i czy zawsze chodzę z córką.

Przepis na sałatkę z puntarelli w następnym poście.

Tego dnia lunch jadłyśmy w Pizza Re niedaleko Campo de’ Fiori – mają pyszne żarcie. Tym razem ze względu na córkę jadłyśmy pizzę, ale poprzednio jak byłam jadłam i sałatki i różne owoce morza i wszystko mają boskie, łączni z winkiem domowym.  W przewodniku wyczytałam, że Pizza Re jest też koło Schodów Hiszpańskich.

A na kolację miałyśmy sałatkę z zewnętrzych liści puntarelli, przypominjących w smaku skrzyżowanie rukoli i radicchio, i razowe spaghetti z sosem truflowym. Plus moja ukochana Santa Christina, śmiesznie tania w każdym markecie w porównaniu do cen w Polsce. Po kolacji padłyśmy na kanapę sztywne z przeżarcia i nie miałyśmy nawet siły podnieść książki.

Następnego dnia miałyśmy na tapecie Watykan, i lunch jadłyśmy w okolicy, na Via Tacito, w San Marco. Weszłyśmy tam na zasadzie mało turystów, dużo lokalesów = dobre żarcie bez zdzierstwa i był to strzał w dziesiątkę.  Lokalesi byli NAWET przy stolikach na zewnątrz, a takie poświęcenie w sezonie syberyjskim naprawdę o czymś świadczy. Tu też przepyszne jedzenie (pizzabianca ze szpinakiem i lazania), winko równie dobre jak w Pizza Re i nawet tańsze (tam 8 euro za karafkę 1/2 l, tu – 7).

Ostatnią kolację przygotowała dla nas Carmela: minestra z kalafiora romanesco i pora z malutkim makaronikiem rurki i paremazanem oraz frittata (omlet) z ziemniakami i szpinakiem. Proste, a jakie pyszne.

A na koniec naszej włoskiej przygody, już w drodze do domu,  jeszczeniespodziewana kulinarna wisienka na torcie. Po dwóch rundkach biegiem do domu (raz wracałyśmy się po córki aparat na zęby, drugi – po puntarellę, tym razem już ściągając Carmelę z drogi na Porta Portese) i trzech przesiadkach, z których każda przy niedzieli niesie ze sobą ryzyko, że oczekiwany środek transportu rzymskiego po prostu się nie pojawi, względnie pojawi się z opóźnieniem (rozkłady jazdy, jeżeli w ogóle są na przystanku, stanowią jedynie ogólne dane szacunkowe), wpadłyśmy zziajane na lotnisko tylko po to, żeby pod bramką otoczoną przez naburmuszonych osobników z reklamówkami Lidla (przynajmniej wiedziałam, że dobrze trafiłyśmy), dowiedzieć się, że nasz samolot ma opóźnienie, ale – jak łaskawym tonem oznajmiła panienka za ladą, linie WizzAir oferują pasażerom kupony na lunch w restauracji Spizzico. Kupony opiewały na całe 4 euro, restauracja okazała się fast foodem, a lunch kawałkiem pizzy i kubkiem napoju. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że nojgorszą pizzę w życiu jadłam we Włoszech.

Szybka sałatka na po pracy

No wiem, miałam zrobić wołowinę w winie, i ten obiecany pasternak, ale jestem zupełnie nieogarnięta. Od zeszłego tygodnia oglądam nałogowo cięgiem Sons of Anarchy i nie jestem w stanie się oderwać. Wciągnęło mnie na ament. Biedne dzieci chodzą wokół mnie z kolejnymi petycjami, wśród których prym wiodą: Głodny/a jestem oraz Pobawisz się ze mną, że ty mnie łapiesz, a ja uciekam, ale mnie nie doganiasz?, a ja siedzę przed kompem w słuchawkach, z wypiekami, i, dla kamuflażu, z rękami na klawiaturze, z jedną odpowiedzią: Zaraz, kochanie, mamusia ma ważne tłumaczenie. Tak więc w ostatnim tygodniu moje kulinarne osiągi polegały na ugotowaniu dużej ilości płatków owsianych z owocami suszonymi na cztery śniadania z rzędu, oraz dużej ilości ziemniaków, żeby potem je odsmażać, dla urozmaicenia za każdym razem z inną przyprawą, bo każdy wie, że ziemniaki z czarnuszką i jajkiem sadzonym to zupełnie inny dań niż ziemniaki z koperkiem i jajkiem sadzonym.

Jedyny wyjątek od tej patologicznej, acz bardzo przyjemnej, rutynki miał miejsce w niedzielę, kiedy to w ramach przygotowań do świąt, na które mam ambitny plan upiec gęś i testuję opcje, upiekłam  kaczkę, luźno inspirując się tym przepisem http://www.kwestiasmaku.com/kuchnia_polska/kaczka/kaczka_w_pomaranczach/przepis.html i zerkając tęsknie na kompa.

Była przepyszna, tylko ostrożnie z tym anyżem. Pięć gwiazdek to dużo, chyba że ktoś jest dzikim fanem. Kaczkę pożarliśmy w pięć minut, natomiast calutki dom jedzie nią do dziś, łącznie ze wszystkimi ciuchami, jakie znajdowały się w promieniu 15 metrów od piekarnika. Dość boleśnie się o tym przekonałam w poniedziałek wieczorem, kiedy to siedziałam sobie w eleganckim miejscu oglądając pokaz mody, a tu nagle do moich nozdrzy zaczął przenikać uparcie i nieubłaganie mało przyjemny zapach – coś jakby usiadł koło mnie spocony rugbysta po meczu i jadł golonkę. Podejrzliwie rozejrzałam się po towarzyszach, ale ani siedzące przede mną obserwowane przez osiemnaście kamer Maja Sablewska i Natalia Lesz, ani siedząca obok mnie piękna jak zwykle Aśka, ani nawet Jacyków wiercący się z drugiej strony i pokrzykujący w regularnych odstępach czasu: Mam nowe okulary, NIC nie widzę!!! nie stanowili źródła emisji smrodku, i dopiero gdy mój wzrok padł na mój nieoddany do szatni płaszcz, sprawa się wyjaśniła. Płaszcz w niedzielę wisiał jakieś 3 metry od piekarnika, i teraz będę już mogła w nim chodzić tylko na walki bokserskie. Co mam w zwyczaju.

A  jeśli chodzi o pasternak, totalnie nie moja wina:  w środę dwa tygodnie temu pan Ziółko ZAPOMNIAŁ, że mi obiecał dostawę, o czym dowiedziałam się oczywiście już na miejscu, a tydzień temu syn był chory (dla odmiany) i nie miałam jak pojechać, mimo że sterroryzowany przeze mnie pan Ziółko już przysięgał, że nie zapomni, a dziś mogę się nie wyrobić, bo jutro jadę z córką do Rzymu i muszę jeszcze nas ubezpieczyć, wymienić kolekcję awizo na permanentnie oblężonej poczcie na pakiet poleconych, w czym pewnie większość od cholernej spółdzielni, oraz ugotować zapas żarcia dla syna, żeby jego biedny tata miał jakąś alternatywę dla grzanek z szynką na te 4 dni.

Ale żeby nie było że z pustymi rękami, proponuję szybką sałatkę na listopadowy wieczór, rozgrzewającą i wyględną. Kalafior już powoli znika, skorzystajmy jeszcze z tego ostatniego rzutu. Chłodną termikę kalafiora podniesiemy kurkumą, a dodanie do całości pora jeszcze nasz dań rozgrzeje. W ogóle przyjaciel por powinien na stałe zagościć w naszym jesiennym jadłospisie, to kojelne warzywo cud, superzdrowe i łągodne dla kieszeni.

Kalafior w kurkumie z suszonymi pomidorami, prażonymi pestkami dyni i porem

Składniki:

Różyczki kalafiora gotowanego w kurkumie

Suszone (na słońcu albo samodzielnie ) pomidory

1/3 pora

Garść prażonych pestek dyni

Kilka kaparów

Oliwa lub olej

Balsamco

Pieprz

Sól

Kalafiora gotujemy z solą i kurkumą jakieś 15 minut – ma nie być za miękki. Odlewamy.

Pomidory (najlepiej kupować w suchej postaci, bo te w słoikach mają masę syfu, tylko sprawdźmy najpierw czy nie są konserwowane jakimś związkiem siarki) namaczamy w gorącej wodzie 30 minut i odsączamy.

Pora kroimy na cieniutkie paseczki.

Na suchej patelni prażymy pestki.

Wrzucamy wszystko do miski, może być jeszcze ciepłe, mieszamy, polewamy sosem z oliwy, balsamico i pieprzu, ewentualnie dosalamy jak nam mało, i ECCO!

Buon appetito!

Postaram się zadepeszować z jakiegoś rzymskiego targu.

A to feler…

… westchnął seler.

Feler, w rzeczy samej: w jesienno-zimowej biedzie powinniśmy niemalże wysysać każdy cenny sok z tego superzdrowego, choć może niespecjalnie urodziwego, warzywa, a tymczasem pokażcie mi osobę, która lubi selera. Jest to warzywo ogólnie traktowane po macoszemu,  wrzucane z łaski do zupy tylko po to, by zaraz po jej ugotowaniu zmarnieć nędznie w koszu na śmieci, ewentualnie raz w roku dokładane do sałatki jarzynowej.

Oto kilka rzeczy, których, założę się, nie wiedzieliście o selerze:

–  zawiera witaminy A, C, E, witaminy z grupy B (B1, B2) oraz jest źródłem magnezu, fosforu, wapnia i żelaza, co z kolei sprawia że działa dobroczynnie na wielu polach ( magnez – profilaktyka nowotworowa, fosfor i wapń – odkwaszanie organizmu, etc),

– zawiera masę przeciwutleniaczy, a także flawonoidów, które kupujemy za grubą kasę w aptece w postaci suplementów, zamiast wydać na bazarku 3 zyle na selera,

– sprawdza się świetnie w postaci coporannego soku, zamiast modnych i znowu nienajtańszych soków z granatu i noni, wzmacniając organizm, poprawiając stan skóry, włosów i paznokci,  likwidując obrzęki, pobudzając przemianę materii, pracę nerek i wątroby oraz uspokajając system nerwowy.,

– wspomaga leczenie górnych dróg oddechowych i chorób płuc,

– obecność wapnia czyni zeń prawdziwego sprzymierzeńca tych matek, które niechętne są faszerowaniu swoich dzieci syfami typu Danonki, a którym się wmawia, że bez tego typu pysznych i zdrowych przekąsek kości ich dzieci najpierw się połamią na kawałki, a następnie całkiem znikną,

– i na koniec mój as w rękawie: zawarte w nim w dużych ilościach żelazo ma bezpośredni wpływ na syntezę SEROTONINY i DOPAMINY, których, jak wiemy, nigdy dość, zwłaszcza w listopadzie, a gdyby jeszcze to was nie przekonało, jest również niezbędne do produkcji kolagenu i elastyny. Ergo – zamiast wywalać grubą kasę w Sephorze, jedzmy selera.

Nieźle, co?

No, ale pozostaje nieszczęsna kwestia smaku, przez ogół populacji uznawanego za nie teges.

Dlatego też pozwoliłam sobie przeprowadzić eksperyment kulinarno-poznawczy z udziałem selera.

Mianowicie zrobiłam na jego bazie sałatkę, którą następnie zaserwowałam ośmioosobowej grupie osobników w wieku 26-34. Osobnicy, donoszę z satysfakcją, zajadali aż im się trzęsły przysłowiowe uszy, a moja przyjaciółka R. zapytawszy z ciekawością pokazując na kawałek selera, co to jest i otrzymawszy informację, iż seler właśnie, powiedziała:  – O. Ale ja przecież nie lubię selera.

Sałatka z selera w kurkumie, duszonej cebuli, kiełków słonecznika i orzeszków ziemnych

Składniki:

Średniej wielkości seler

Kiełki słonecznika

10 -15 deko orzeszków ziemnych niesolonych

1 duża cebula, najlepiej czerwona

Chili

Pieprz

Sól ewentulanie

Sos: balsamico, oliwa

Selera obieramy, kroimy w dużą kostkę i gotujemy z płaską łyżeczką kurkumy aż zmięknie, odcedzamy. Cebulę obieramy, kroimy w cienkie piórka i dusimy na odrobinie oliwy z chili, pieprzem i odrobiną soli przez 3 minuty. Kiełki płuczemy. Orzeszki ziemne płuczemy i podprażamy na suchej patelni.

Mieszamy oliwę z balsamico w proporcji 2:1.

Wrzucamy wszystkie ingrediencje razem do miski, i ciepłe i zimne, polewamy sosikiem i od razu serwujemy.

Nie muszę nawet mówić Enjoy, dopamina i serotonina zrobią swoje, a zmarchy będą wam znikać w oczach. I na oczach.

PS. Seler tarty na dużych oczkach świetnie się również sprawdza jako dodatek to wszelkiej chińszczyzny. Zgodnie z zasadą, że z sosem sojowym wszystko dobrze smakuje 🙂

Brukiew

Stało się: sezon na soczyste i pachnące warzywa i owoce mamy już oficjalnie za sobą. Pomidory, cukinie i brokuły przeniosły się z bazarków pod strzechy Leklerków, tracąc przy tym i zapach i smak, dlatego też nie pozostaje nam nic innego, jak przeprosić się z lekko wzgardzonymi w ciepłych miesiącach warzywami korzeniowymi, suszonymi, kiszonkami, no i wszelkimi kapustami*.  Na szczęście mądra Matka Natura tak to wymyśliła, że nie tylko jest ich zadziwiająco dużo, i można z nich zrobić wiele pysznych potraw, ale jest to także opcja, która ucieszy każdego wewnętrznego centusia.

Miałam w planach zrobienie dzisiaj chińszczyzny, w roli głównej obsadzając tę oto postać:

Jest to chińska kapusta  Pak Choi zakupiona u pana Ziółko (4 pln), i to ona właśnie mnie zainspirowała na chińsko. Jak ktoś nie ma takowej,  bez problemu zastąpi ją pekińska.

Wczoraj w przypadkowym warzywniaku, do którego weszłam tylko po orzechy, zobaczyłam to:

I rzecz jasna pomyślałam, że to seler, tylko gigantyczny, i w dziwnym kolorze. Dopiero wyprowadził mnie z błędu sympatyczny pan sprzedawca z wąsem, objaśniając, że mam przed sobą BRUKIEW. W życiu nie jadłam, ani nie widziałam na oczy, byłam więc zaintrygowana mocno i nabyłam taką połówkę, czyli ponad półtora kilo (5 pln)  i na spontanie postanowiłam, że też wrzucę do chińszczyzny, wychodząc z założenia, że z sosem sojowym da się zjesć wszystko. Zresztą  pachniała moja brukiew bardzo obiecująco, bo kalarepką, i raczej nie spodziewałam się fiaska.

Na surowo w smaku jest trochę bardziej gorzka niż kalarepka, ale myślę, że pokrojona w paski z jakimiś dipami by przeszła.

Specjalnie nic o niej nie googlowałam, i oto przed wami mój absolutnie autorski przepis na nosa:

Chińszczyzna z kurczakiem, brukwią i kapustą Pak Choi

Składniki:

Ok ½ kg brukwi

6-8 pieczarek

Biała część pora

Paczka kiełków fasoli mung, albo innych grubych kiełków

5 dużych liści chińskiej kapusty Pak Choi, albo pekińskiej

Podwójna pierś kurczaka

Olej sezamowy

Sos sojowy jasny (kupujmy taki bez cukru)

Makaron ryżowy , sojowy albo z fasoli mung

Odrobina grzybowego sosu sojowego

Masło klarowane

Marynata: sos sojowy, pieprz, chili

Kurczaka płuczemy,  kroimy na kilkucentymetrowe kawałki i wsadzamy na godzinę do marynaty. Proporcje w marynacie dowolne, jak kto lubi, byle nie przesadzić z sosem sojowym – pamiętajmy, że będzie też w warzywach.

W tym czasie obieramy brukiew i kroimy ją na dość cienkie paseczki (ok. pół centymetra grubości), obieramy pieczarki i kroimy na plasterki, myjemy kiełki, kroimy pora na cienkie krążki, myjemy kapustę i kroimy w miarę cienko.

Po godzinie kurczaka odsączamy z marynaty (której nie wylewamy), rozgrzewamy na patelni masło klarowane i na gorące wrzucamy kurczaka. Trzymamy na dużym ogniu często mieszając, aż się równomiernie podsmaży z każdej strony, zmniejszamy ogień i trzymamy pod przykryciem jeszcze 5 minut.

Do garnka wlewamy hojną ręką olej sezamowy (jakiś 1 cm), podgrzewamy do temperatury ok. 60 stopni i wrzucamy pora. Dusimy na małym ogniu 5 minut, dorzucamy resztę: kiełki, pieczarki, brukiew i kapustę. Mieszamy wszystko w garnku, wlewamy resztę marynaty z kurczaka, dolewamy jeszcze sosu sojowego jeśli ten z marynaty nam nie wystarczy na słoność,  i kilka minut trzymamy na dużym ogniu mieszając. Potem zmniejszamy ogień, dorzucamy kurczaka z patelni, przykrywamy i dusimy jeszcze jakieś 15 minut. Naszym wyznacznikiem jest brukiew – jak tylko zrobi się miękka nasz dań jest gotowy.

W czasie, gdy w garnku się duszą dobra, potrzebną nam ilość makaronu zalewamy wrzątkiem z dodatkiem grzybowego sosu sojowego – dla smaku i koloru, po 3 minutach odsączamy.

Makaron wrzucamy do gotowej zawartości garnka i mieszamy:

Można posypać sezamem.

Z rozpędu zrobiłam też w wersji z dzikim ryżem:

Jednak lepsze jest z makaronem 🙂

Skromnie porzyznam, że pełen sukces. Mój pierwszy brukwiowy dań posiada atest zarówno od konsumenta dorosłego, jak i małoletniego. A zatem, pamiętaj matko brukiew twój skarb. Enjoy.

* Plus, rzecz jasna, jabłka, jabłka oraz jabłka.

Dyniowy dań do wszystkiego

Zachęcona rozentuzjazmowanym feedbackiem od jednej koleżanki, co nie wiedziała co zrobić z dynią, żeby smakowało i dużym i małym, postanowiłam podzielić się też z innymi mamami tym superprostym przepisem, odkrytym przeze mnie zupełnym przypadkiem, kiedy w domu miałam jedynie dynię właśnie, cebulę, oraz pół paczki suszonych pomidorów, a na dworze padał nieprzytomnie śnieg i nie chciało mi się ruszać spod koca i sprzed Suits, a zaraz miała nadciągnąć głodna rodzina. Sezon na dynie w pełni, i nawet jeśli ta Halloweenowa spleśniała w dwa dni po wycięciu jej z narażeniem palców i życia, jak moja, to i tak jest ich pełno gdzie nie spojrzeć.  Pan Mirek na bazarku ma chyba z dziesięć odmian.  Wszystkie w smaku są mniej więcej takie same, ale najfajniejsze są te bardziej długie niż szerokie, jak główka kosmity, bo mają nasiona i farfocle tylko w jednej części, a reszta to czyściutki miąższ.

Radzę wziąć ze mnie przykład i zrobić na zapas, żeby potem nie musieć przypadkiem po COKOLWIEK wybierać się do sklepu, jak nieprzytomni z amoku rodacy rzucą się na zakupy przed wolnym jedenastym.

Składniki:

Dynia

Suszone pomidory

Cebula, najlepiej czerwona

Czosnek

Koperek – świeży lub suszony – jedna łyżka na kilogram dyni

Tymianek – jedna płaska łyżeczka jeśli suszony, jedna łyżka samych listków jeśli świeży – na kilogram dyni

Oliwa z oliwek

Sól, pieprz, może być chili jeśli konsument życzy

Obraną ze skóry i z bebechów dynię kroimy w małą kostkę (1 cm).

Suszone pomidory (ma ich być około ¼ tego, co dyni), jeśli są w paczce w postaci suchej, zalewamy wrzątkiem na 10 minut żeby zmiękły, jeśli są w słoiku odsączamy. Kroimy w wąskie paski.

Cebulę (w proporcji około 1/3 tego, co dyni) kroimy w wąskie piórka.

Czosnek – ile nam się podoba – kroimy w plasterki.

Na patelni albo w garnku podgrzewamy odrobinę, ale nie bardzo (tak że jak włożymy palec to nie parzy),  oliwę w hojnej ilości i wrzucamy na nią czosnek i cebulę. Dusimy na małym ogniu pod przykryciem 10-15 minut co jakiś czas mieszając. Dodajemy dynię, pomidory i zioła i dusimy aż dynia będzie miękka. Doprawiamy do smaku.

Proste, a takie pyszne. Plus zestaw czosnek + cebula + tymianek świetny na katar.

Podajemy z makaronem, dowolną kaszą, ryżem, co kto lubi. Ja lubię z czerwoną soczewicą.

Enjoy!

Śniadanie

Glut ci wisi do pasa, ale jesteś bohaterskim Key Accountem i nie masz czasu się podrapać w d…, nie wspominając o położeniu się z gorączką do łóżka, a tu z przedszkola wydzwaniają żeby zabrać chorego Ziutka Juniora, bo rzęzi i dzieci się boją? A na drugą komórkę dzwoni żona z listą rzeczy, które masz po drodze kupić w aptece, bo ją rozkłada, a do wieczora ma spotkania?

Niech zgadnę – twoje śniadanie to brak śniadania, żona na szybko zjada to, co ma akurat pod ręką przygotowując Ziutka Juniora do przedszkola, siebie do pracy i ciebie też do pracy, bo to w końcu kobieta, więc jej ranek to piekło, natomiast Ziutek z lubością wcina kanapeczki posmarowane pysznym białym serkiem, bo zdrowy? I jeszcze z plasterkiem pomidorka, bo witaminy?

Zła wiadomość: chlebek, serek, mleczko, jogurciki i nabiał w ogóle, a także niesezonowe surowe warzywa i owoce, to najgorsze, co możesz i dziecku i sobie zapodać przy takiej pogodzie, zwłaszcza jeśli na dodatek jesteście podziębieni.  Wszystko to wychładza i zaglutowuje na ament.

Dobra wiadomość: poniżej alternatywne śniadanie, wcale nie takie pracochłonne,  w dodatku można zrobić na zapas i trzymać w lodówce. Śniadanie nie tylko pyszne, ale obfitujące w dobre węglowodany, które pójdą nam w mózg i dobry humor, a nie w bioderka, na dodatek zawierające rozgrzewające i wzmacniające odporność i metabolizm przyprawy. Imbir, kurkuma, cynamon, kardamon i wanilia to mistrzowski team.

Składniki na 2 osoby:

Porcja ugotowanego w kurkumie brązowego ryżu (czyli na dwie osoby 1 szklanka)

3 jabłka

Garść rodzynek

Pół płaskiej łyżeczka cynamonu

Wanilia – połowa tego, co cynamonu

5 ziarenek kardamonu

Gruby plasterek świeżego imbiru (NIGDY imbir suszony, można sobie zrobić kuku)

Zadanie na wieczór:

Ryż zalać w garnku zimną wodą w proporcji 1 do 3, wrzucić plasterek imbiru, dosypać kurkumy i doprowadzić do wrzenia. Można do ryżu dosypać kardamon. I teraz uwaga. Kardamon to takie zielone ziarenka w środku wypełnione twardymi ciemnymi grudkami. Interesują nas te grudki, wyjmujemy je i zgniatamy w moździerzu i w takiej postaci używamy w kuchni. Robimy to przed samym użyciem, nie na zapas, dzięki temu zachowujemy maksimum cennych właściwości tej przyprawy.

Doprowadzony do wrzenia ryż i gotujemy na małym ogniu pod nieszczelnym przykryciem (żeby nie kipiało) 15 minut, po czym wyłączamy grzanie, przykrywamy już szczelnie i idziemy spać.

Zadanie na rano:

Jak już dotrzemy  do kuchni i  otworzą się nam oczy, kroimy w miarę drobno jabłka (ma wyjść ich tyle ile mamy ryżu, czyli w proporcji pół na pół) i wraz z garścią lub dwiema rodzynek wrzucamy na suchą patelnię i podlewamy odrobiną wody. Mieszamy, dodajemy cynamon i wanilię, znowu mieszamy i zostawiamy pod przykryciem na 10 minut żeby się dusiło we własnym sosie. W tym czasie, jeśli jesteśmy kobietą, ogarniamy siebie, dzieci i i budzimy męża, jeśli jesteśmy mężczyzną, to nie wiem co, szczerze mówiąc, bo nie znam takich, co robią dzieciom śniadanie.

Wczorajszy ryż w garnku powinien był wypić całą wodę, ale nawet jeśli nie, wszystko z garnka przekładamy na patelnię (wyjąwszy uprzednio ten plasterek imbiru, ja z reguły zapominam i przypomina mi o tym dopiero wrzask tego z dzieci, które go tym razem ugryzło), której zawartość powinna już obłędnie pachnieć.

Mieszamy i voilà!

Jeżeli jabłka są słodkiej odmiany, nasz dań będzie wystarczająco słodki bez żadnych zbędnych cukrów dodatkowych. Jeśli jednak nam jeszcze mało słodyczy, można dorzucić trochę ksylitolu.

Zamiast ryżu może być każda kasza, no, może oprócz gryczanej. Jaglana, orkiszowa, owsiana, quinoa – you name it. Jabłka można zastąpić gruszkami lub sezonowymi owocami , można dodać jakie chcemy orzechy lub nasiona,  zamiast rodzynek – pokrojone w kostkę suszone morele lub śliwki, polecam też waszej uwadze jagody goji, które są prawdziwą kopalnią cennych składników, jednak w smaku są lekko cierpkie i moim dzieciom nie wchodzą, musze je kamuflować. Na szczęście tę sztukę mam opanowaną do perfekcji od czasu jak moja córka nie jadła nic zielonego oprócz pesto, w związku z czym wszystko co się pojawiało u niej na talerzu było pesto: z brokułów, z natki, z brukselki, ba – nawet z papryki.  Wcinała jak wściekła. Syn natomiast, który odmawia stanowczo spożywania jakichkolwiek warzyw oprócz kiszonych ogórków i kapusty, dostaje drobno posiekane kalafiorki jako kaszę jęczmienną, a rozdziabdzianą cukinię jako ryżyk i jest gites.

Kurkuma

Jak widać za oknem mamy jesień. Znaczy zimę. Znaczy jesień. Znaczy jeśli jeszcze ni rzęzimy i nie leci nam z nosa, pewnie zaraz zacznie. Dlatego też warto sięgnąć po kurkumę i włączyć ją do codziennego jadłospisu. Zawarta w niej kurkumina ma bowiem cały szereg cudownych właściwości, wśród których wzmacnianie odporności oraz działanie przeciwbakteryjne i przeciwzapalne to tylko wierzchołek góry lodowej. W medycynie chińskiej i w indyjskiej medycynie ajurwedyjskiej stosowana jest od tysięcy lat, a nawet, o dziwo,  cieszy cię uznaniem wśród lekarzy medycyny konwencjonalnej, którzy, jak wiadomo, brzydzą się wszystkim, co naturalne i z uporem maniaka dążą ku nafaszerowaniu pacjentów maksymalną dozą chemicznego syfu.  W zamian za co mogą jeździć na „konferencje” i na „wykłady”. Jednak nawet konwencjonalni przyznają, że kurkumina poprawia odporność, metabolizm i pracę wątroby, a także może chronić przed niektórymi rodzajami degeneracji układu nerwowego, a niedawno udowodniono, że również zabija komórki nowotworowe. No, i nie zapominajmy, że włożona do portfela sprawi, że zawsze będzie on pełen kasy… Sprawa nie do pogardzenia w dziesiejszych czasach, kiedy już niektórych nie stać nawet na sushi.

Ale nie o tym chciałam.

Dla mnie kurkuma to przede wszystkim przepiękny intensywny KOLOR i nawet gdyby nie miała wszystkich swoich cudownych właściwości, za które jej chwała, i tak sypałabym ją garściami do czego popadnie, bo wszystko jest potem takie ŚLICZNE.

Wystarczy płaska łyżeczka dorzucona do wody podczas gotowania, żeby wszystko co jasne stało się pięknie żółto-pomarańczowe, w zależności od intensywności koloru samej kurkumy, no i sypniętej ilości. Najbardziej intensywna w zapachu i w kolorze jest ta kupowana w sklepikach arabskich.

Trzeba uważać, żeby nie przedawkować jednak, bo tak jak jedna łyżeczka nie będzie miała istotnego wpływu na smak kalafiora czy ryżu (raczej na zapach, będzie intensywny), tak za duża ilość sprawi, że potrawa może stać się cierpka i palić w gardle. Zdarzyło mi się w moim amoku sypnąć za dużo i tak właśnie było. Jednak kolor był boski.

PRZYKŁADY:

Kasza jęczmienna

Ziemniaki

Kalafior

Kurkumowa kasza jęczmienna z cukinią i sałatka z warzyw i kurkumowych  ziemniaków (plus kotlet z kaszy gryczanej)

Warzywa i zboża ugotowane w kurkumie fantastycznie wyglądają z dodatkiem czarnuszki (wtedy dodajemy do gotowania) lub czarnego sezamu (dodajemy po ugotowaniu):

Ziemniaki z czarnuszką

Korzystajmy więc z tego, że taki cud natury dostępny jest na każdym kroku za niewielką cenę i cieszmy się pysznym żarciem, pięknym kolorem i dobrym zdrowiem. Howgh.

PS. Kurkuma ma jeszcze jedną piękną cechę, mianowicie nie uczula, i nawet mój syn, który w niemowlęctwie wyglądał jak waran z Komodo z gencjaną na policzkach, wcinał ją bez żadnych negatywnych objawów odkąd skończył 6 miesięcy. Gwoli informacji – syn ze swoich stanów skórnych już wyrósł, w dużej mierze dzięki medycynie chińskiej, a w małej mierze dzięki pani alergolog, i teraz jest tak przystojny, że za 20 lat zbotoksuję się na ament i będę z nim wszędzie chodzić jako jego dziewczyna.

Sałata ze słonecznikiem bulwiastym, duszoną cebulką i prażonymi pestkami dyni

To już ostatni moment na wszelkie zielone liście, więc skorzystajmy i zróbmy sobie z nich sałatkę na lekko ciepło.

Składniki:

Dowolne sałaty lub liściaste zioła lub szpinak (ja wzięłam mix sałat od pana Ziółko i szałwię)

Kilka(naście) słoneczników bulwiastych

Garść prażonych pestek dyni

Jedna czerwona cebula

Oliwa lub olej tłoczony na zimno

Łyżka musztardy

Łyżka balsamico

Czosnek

Liście myjemy, odstawiamy w durszlaku żeby przeschły i zabieramy się za naszego egzotycznie brzmiącego bohatera.

Muszę przyznać, że z pewną taką nieśmiałością wyjęłam z lodówki zakupione u pana Ziółko słoneczniki bulwiaste, przyjrzałam im się i powąchałam, i dopiero złapawszy się na tym, że jestem podejrzliwa jak Rusek w wyścigu zbrojeń, szybko przypomniałam sama sobie , że jestem kobietą nie tylko kosmopolityczną , ale także o otwartym i światłym umyśle, i że w końcu nie mam przed sobą duriana tylko kilka małych kulek, obrałam je i jedną ugryzłam. Mogę węc donieść z pierwszej ręki, że na surowo smakuje nie jak ziemniak, który tak się skała, że pamiętam jak smakuje na surowo z czasów póżnej podstawówki, kiedy to doszły mnie słuchy o cudownym działaniu skonsumowanego na surowo ziemniaka na podniesienie tempereatury ciała, na który to zabieg mój organizm okazał się jednak całkowicie odporny i jedynym efektem, jakiego się tego dnia doczekałam, poza pałą z historii i bólem brzucha, było nabycie pewnej rozwagi odnośnie tego typu hot newsów (przez co byłam bodaj jedyną sceptyczką gdy na początku liceum wszyscy w amoku suszyli te wąsy z bananów na kaloryferach, by się następnie nimi rozkoszować jako łatwo zdobywalnymi substytutami marihuany – przynajmniej do pierwszego razu) … Yyy, zgybiłam wątek. A, no więc nie smakuje na surowo jak ziemniak tylko bardziej jak niedobra rzodkiewka.

Po ugotowaniu smakuje natomiast jak mało atrakcyjny w konsystencji korzeń o silnym posmaku oleju słonecznikowego, i na dodatek bardzo szybko się rozgotowuje, bo zanim Kordek w DD TVN skończył informować Prokopa i Wellman, że należy marzyć mimo niepowodzeń i kłód rzucanych przez los pod nogi,  niektóre kulki zdążyły się już rozpaść.

Trochę mnie zniechęcił ten smak i to rozgotowanie, szczerze mówiąc, i już nawet chciałam robić sałatkę bez bulwiastego, ale w końcu go dodałam, i dobrze się stało, bo okazuje się, że z innymi warzywami bulwiasty po prostu zaczyna świecić światłem odbitym, że się tak kwieciście wyrażę, i naprawdę zyskuje kolosalnie. Korzystna nawet okazała się jego rozgotowaność, bo podczas końcowego mieszana sałatki bulwy prawie się rozpadły, przez co zrobił się z nich po prostu drugi sos, i niechcący udało mi się odkryć, że sosy w przypadku bulwiastego to jest po prostu to!

No więc bulwiastego obieramy i gotujemy we nieosolonym (nie ma potrzeby, smak się sam broni) wrzątku kilkanaście minut i odcedzamy.

W czasie jak się gotuje bulwiasty robimy vinaigrette: oliwa lub olej dowolny, obecność w sosie balsamico i musztardy jest zawsze dobrą okazją, żeby użyć tych mniej smacznych, ale za to zdrowszych olejów, bo  ich smak przejdzie na dalszy plan, a jakoś tak się składa, że zdrowość oleju jest z reguły odwrotnie proporcjonalna do jego smaczności, choć znam takich (dziwaków), którym smakuje np. olej arganowy.  Zatem mieszamy olej, balsamico, musztardę i przeciśnięty przez praskę czosnek na gęstą zawiesinę. Jest niestety możliwe, że proporcje składników do sosu, które  powyżej podałam niezbyt są akuratnie, zawsze robię na oko, ale naszym celem jest zawiesina – jeśli nam wyjdzie za rzadkie dodajemy więcej musztardy, natomiast czosnek stosujemy zgodnie ze starosłowiańską zasadą, iż nie istnieje coś takiego jak za dużo czosnku. No ile kto lubi, generalnie.

Do gotowego vinaigrette dodajemy naszego bulwiastego i mieszamy tak żeby się bulwy rozpadły. Mnie się rozpadły wprawdzie dopiero na końcu, ale cośmi mówi, że tak będzie nawet smaczniej.

Cebulą kroimy na cieniutkie piórka i szklimy na odrobinie oliwy aż trochę zmięknie, ale nie całkiem.

Prażymy pestki dyni. Możemy je kupić obrane, ale możemy też przy okazji jakiegoś dyniowego dania wysuszyć sami w piekarniku i obrać i dopiero uprażyć. W ogóle nie kupujmy prażonych pestek i orzechów, nieprażone dłużej zachowują swoje właściwości, a uprażone mogą na dodatek zjełczeć w opakowaniu. Prażmy je sami, przed samym jedzeniem, na małym ogniu na suchej patelni, często mieszając żeby było równo.

I już. Sałatę przekładamy do miski, do niej dodajemy cebulkę prosto z patelni i posypujemy pestkami dyni.

Polewamy sosem i mieszamy porządnie.

Jeśli należymy do zmarźluchów sałatę przed przełożeniem do miski też możemy przez chwilę wrzucić na patelnię i dopiero do tak podgrzanej dodać cebulkę i resztę. Pamiętajmy że warzywa liściaste są zwykle po chłodnej stronie termiki i jak zimno za oknem warto je doenergetyzować żeby sobie nie wychłodzić organizmu. Dziś jest ciepło, więc nie podgrzewałam sałat, ale i tak po dodaniu na nie gorącej cebulki z patelni trochę zmiękły  i ten dań wychodzi dość ciepły.

Taka sałata fajnie się łączy z mięsem na zimno, kawałkiem pieczonego schabu na przykład, albo piersi z indyka. Ja zapodałam kabanosa dukielskiego, chodził za mną od wczoraj.

Enjoy!!

PS. Kilka uwag post factum:

W mojej sałatce było kilka sałat o mocnym smaku i to mi trochę przeszkadzało. Do bulwiastego proponuję wybrać w miarę neutralną sałatę, np. rzymską.

Z braku bulwiastego można tę samą sałatkę zrobić np. z pieczonymi ziemniakami. MNIAM. Wtedy mocne w smaku sałaty i zioła mile widziane. Tylko pieczone ziemniaki już niekoniecznie jako składnik sosu.

Wniosek końcowy: bulwiasty solo pyszny nie jest. W połączeniu z kilkoma innymi mocnymi smakami, owszem.


[i]