Rzym od kuchni

Pierwszy raz byłam w Rzymie w sezonie nie-letnim i było mi bosko. Temperatura 19 stopni jest optymalna na wędrowanie uliczkami, wreszcie się człowiek nie poci jak prosię i nie marzy obsesyjnie o kolejnym kraniku ściennym żeby się do niego przyssaę pożądliwie, a następnie wytaplać. Po wyjściu z samolotu natychmiast odrzucilyśmy wraz z córką wszystkie dziewięć warstw ciuchów, w które wczesnym warszawskim rankiem się przyodzialyśmy, i to wcale nie dlatego (no dobra, nie TYLKO dlatego) żeby oszczędzać cenne miejsce w bagażu kontrolowanym przez WizzAir co do milimetra, i tak w krótkim rękawku  stanęłyśmy oko w oko w rzeszą odzianych w polary i puchowe kamizele pracowników lotniska lypiących ze zgrozą na nasze roznegliżowane łokcie. Pomyślałysmy sobie, że zimno im na tym lotnisku, pewnie muszą latać po płycie i w ogóle, ale po dotarciu do centrum okazało sie, iż sezon syberyjsko-arktyczny panuje tu wszędzie,  Włosi poruszają się po mieście okutani w kilogramy wełny i GORE-TEXu, nerwowo chuchając z dłonie dla rozgrzania przymarzniętego do nich szronu i z pośpiechem zamykajac za sobą drzwi trattorii żeby nie naleciało zimno. Wreszcie może sobie czlowiek spokojnie usiąść na lanczyk przy stoliku na zewnątrz bez ryzyka ze zostanie a) zadymiony na śmierć przez ośmiu Rzymian ze stolika obok odpalających jednego od drugiego, b) ogłuszony przez tychże Rzymian rechoczących z wybitnie śmiesznych żarcików c) rozdeptany przez nich jak już zjedzą, wypalą i będą na wpołżywi ze śmiechu kierować sie ku wyjściu. Wszystko to dzieje sie teraz w środku, gdzie, w co popularniejszych lokalach, ludzie dosłownie siedzą jedni na drugich z braku miejsca, no i pewnie też dla ogrzania, a ci przy stolikach przy oknie co jakiś czas spoglądaja na osoby zajmujące stoliki w ogródku i maja takie miny, jaką ja muszę mieć jak w Wiadomościach pokazują tych, co taplają sie w przeręblach. Tylko palenie nadal odbywa sie na zewnątrz, ale ograniczają się do jednego szybiego papieroska i wpadają znowu do środka, trąc zesztywniałe z zimna dłonie.

I nic nie szkodzi, że na ulicach obłędnie pachną kwitnące kwiaty i dojrzale cytrusy.  Jest zima i już. Dlatego w listopadzie osoba ubrana w krótki rękaw to wariat albo turysta. Proste.

W ogóle w listopadzie Rzym pachnie cudnie. Może to te pieczone kasztany, a może brak upału? A już w porze lunchu i kolacji jest obłęd.

My pierwszą naszą rzymską kolację zjadłyśmy na Piazza di Santa Maria Liberatrice, a składały się na nią oliwki, gruboziarnista była, gumowa, jak wszystkie włoskie buły, ricotta i małe winko otwarte metodą wciśnięcia korka do środka kluczem jak za starych dobrych czasów (ja) oraz sok pomarańczowy (córka). Wszystko to z pobliskiego sklepu Conad, do którego mam sentyment od czasu toskańskich wakacji, kiedy to w Follonice w największy skwar schodziliśmy z plaży prosto do marketu Conad właśnie, a następnie obładowani dobrami wszelakimi zalegaliśmy w stylu rumuńskim w pobliskim lasku piniowym otoczeni boskim zapachem drzew i kwiatów oraz drzemiącymi na ławeczkach handlarzami plażowymi.

Niestety, córka nie doceniała zalet tej pysznej i w ciekawych okolicznościach natury wcinanej kolacji, gdyż akurat miała focha. Foch wynikała z faktu, iż nastawiła się na trattoriową ucztę, niepomna faktu, iż Włosi dużo później robią się głodni niż my i że wszystkie trattorie czynne są od 19.  Tak więc jak w kolejnej pocałowałyśmy klamkę, nie wytrzymała, usiadła z płaczem na chodniku, i krzyknęła boleściwie: Po co mnie tu przywiozłaś, ŻEBY CHODZIĆ??! Na szczęście okazuje się, że szybka rundka do Conada po ciastka czekoladowe dobrze robi na focha.

A okoliczności natury były rzeczywiście ciekawe, bo nie dość, że placyk jest bardzo urokliwy, zwłaszcza wieczorem, oraz zawiera zero turystów, to jeszcze rozgrywała się na nim jakże włoska scena:

Dokładnie naprzeciwko naszej kolacyjnej ławeczki stała zaparkowana furgonetka przeprowadzkowa z dumnym napisem Mondo convenienza – la nostra forza è il prezzo. Przez zaparkowana rozumiem oczywiście  zostawiona na ulicy tak jak jechała, tylko z wyłączonym silnikiem.  Musiało to nastąpić jakiś czas przed naszym przybyciem, bo za furgonetką już zdążyła ustawić się spora kolejka rzymskich pojazdów, z czego pierwszy, autobus, skutecznie blokował jakikolwiek ewentualny skrawek pozwalający w innych okolicznościach mniejszym samochodom furgonetkę ominąć. Niektóre pojazdy stojące za autobusem zdążyły już zostać chwilowo porzucone przez swoich właścicieli, wychodzących ze słusznego założenia, że skoro nie da się pojechać ani do przodu ani do tyłu, można równie dobrze skoczyć na róg Piazzy po fajki i szybki kupon lotto. Na placyku oprócz nas z zainteresowaniem przyglądała się sprawie grupka starszych dżentelmenów z pieskami, i kilka mam z dziećmi, i powoli zaczęto się rozglądać za kierowcą furgonetki. Minuty upływały, i ci z kierowców, którzy jednak pozostali w samochodach, zaczęli w końcu tracić cierpliwość i potrąbywać, podpierając się kolorowymi przekleństwami pod adresem nieobecnego nadal kierowcy Mondo convenienza.

Córka, Polka w końcu, mówi: Ocho, zaraz zawołają policję i będzie się działo! (A mieliby kogo wołać, wszelkiej maści carabinierów i polizii w Rzymie co niemara, i na dodatek chodzą czwórkami, chyba żeby podwyższyć wskaźnik zatrudnienia.)

W końcu jeden z bardziej spieszących się kierowców z unieruchomionej kolejki rzeczywiście wysiadł z samochodu  i przystąpił do działania, a polegało ono na tym, że podszedł do innego kierowcy, wychodzącego z Tabaccherii z kuponem lotka, po czym obaj, po krótkiej konferencji podeszli do kierowcy autobusu, stojącego już od dobrych 10 minut w kafejce z widokiem na autobus i pijącego kawkę. Po kolejnej krótkiej naradzie trzej panowie podeszli do furgonetki, pogrzebali przy drzwiach, po czym jeden wszedł do środka i dał na luz, a dwaj przepchali furgonetkę tam, gdzie nigdzie nie przeszkadzała, choć może niekoniecznie była łatwa do znalezienia dla swojego kierowcy, jak już wróci, i wszyscy wesoło wrócili do swoich pojazdów i sobie pojechali. I żaden z miliona policjantów nawet nie musiał kiwnąć palcem. Możecie mówić co chcecie o Włochach, ale nasz pieniacki i donośliwy naród mógłby się od nich co nieco nauczyć na temat podejścia do życia.

Oczywiście obowiązkowym punktem programu bylo Campo de’ Fiori, tak żeby jeszcze załapać sie na targ, czyli do jakiejś 13.  Kocham to miejsce, po prostu mogłabym tam zamieszkać. Akurat miedzy mozzarellami i suszonymi owocami był przytulny kwadrat, ale szybko zajął go przedsiębiorczy jegomość handlujacy takimi żelowatymi zabaweczkami w jaskrawych kolorach, co jak się rzuci o blacik to się rozpłaszcaja, a potem wracają do swojego kształtu. Z trudem odwiodłam córkę od pomysłu zakupienia jednej takiej dla syna jako pamiątki z Rzymu.

Niestety, nie miałam jak gotować za bardzo, więc ograniczyłam się tylko do zrobienia masy zdjeć i zakupienia czegoś, co się nazywa puntarella (soczyście, nie? Trochę jak delikatne przekleństwo: Puntarella! Miałeś odrobić lekcje!) i wygląda tak:

Na moje pytanie, jak to się je, pani straganiarka najpierw sieknęła potokiem pięknego dialektu, nierozpoznanego przeze mnie kompletnie, a na widok mojej tępej miny wzięła mnie za łokieć na tył straganu razem z puntarellą właśnie i zrobila szybką demonstrację, nadal mówiąc w swoim mocnym akcencie, tylko juz głośniej, żebym lepiej rozumiala, co nie. Okazuje się, że spożywa sie puntarellę na surowo, te zewnętrzne liscie, ale bez grubych łodyg, a te środkowe jakby głąby sie kroi wzdluż na paseczki, wrzuca do zimnej wody na pół godziny z odrobiną cytryny żeby nie ściemnialy i one wtedy się skręcaja w spiralki i robią bardzo chrupiące.

Ze swieżo nabytą puntarellą poszłyśmy z córką dalej i, ku mojej bezgranicznej radości, łaskawy los skierował nasze kroki prosto na Pana Truflowego, który nie tylko był bosko zaopatrzony w pyszności, ale również chętnie czynił degustację zawartości poszczególnych słoiczków na macy, a na koniec zapytał, czy długo będziemy w Rzymie i czy zawsze chodzę z córką.

Przepis na sałatkę z puntarelli w następnym poście.

Tego dnia lunch jadłyśmy w Pizza Re niedaleko Campo de’ Fiori – mają pyszne żarcie. Tym razem ze względu na córkę jadłyśmy pizzę, ale poprzednio jak byłam jadłam i sałatki i różne owoce morza i wszystko mają boskie, łączni z winkiem domowym.  W przewodniku wyczytałam, że Pizza Re jest też koło Schodów Hiszpańskich.

A na kolację miałyśmy sałatkę z zewnętrzych liści puntarelli, przypominjących w smaku skrzyżowanie rukoli i radicchio, i razowe spaghetti z sosem truflowym. Plus moja ukochana Santa Christina, śmiesznie tania w każdym markecie w porównaniu do cen w Polsce. Po kolacji padłyśmy na kanapę sztywne z przeżarcia i nie miałyśmy nawet siły podnieść książki.

Następnego dnia miałyśmy na tapecie Watykan, i lunch jadłyśmy w okolicy, na Via Tacito, w San Marco. Weszłyśmy tam na zasadzie mało turystów, dużo lokalesów = dobre żarcie bez zdzierstwa i był to strzał w dziesiątkę.  Lokalesi byli NAWET przy stolikach na zewnątrz, a takie poświęcenie w sezonie syberyjskim naprawdę o czymś świadczy. Tu też przepyszne jedzenie (pizzabianca ze szpinakiem i lazania), winko równie dobre jak w Pizza Re i nawet tańsze (tam 8 euro za karafkę 1/2 l, tu – 7).

Ostatnią kolację przygotowała dla nas Carmela: minestra z kalafiora romanesco i pora z malutkim makaronikiem rurki i paremazanem oraz frittata (omlet) z ziemniakami i szpinakiem. Proste, a jakie pyszne.

A na koniec naszej włoskiej przygody, już w drodze do domu,  jeszczeniespodziewana kulinarna wisienka na torcie. Po dwóch rundkach biegiem do domu (raz wracałyśmy się po córki aparat na zęby, drugi – po puntarellę, tym razem już ściągając Carmelę z drogi na Porta Portese) i trzech przesiadkach, z których każda przy niedzieli niesie ze sobą ryzyko, że oczekiwany środek transportu rzymskiego po prostu się nie pojawi, względnie pojawi się z opóźnieniem (rozkłady jazdy, jeżeli w ogóle są na przystanku, stanowią jedynie ogólne dane szacunkowe), wpadłyśmy zziajane na lotnisko tylko po to, żeby pod bramką otoczoną przez naburmuszonych osobników z reklamówkami Lidla (przynajmniej wiedziałam, że dobrze trafiłyśmy), dowiedzieć się, że nasz samolot ma opóźnienie, ale – jak łaskawym tonem oznajmiła panienka za ladą, linie WizzAir oferują pasażerom kupony na lunch w restauracji Spizzico. Kupony opiewały na całe 4 euro, restauracja okazała się fast foodem, a lunch kawałkiem pizzy i kubkiem napoju. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że nojgorszą pizzę w życiu jadłam we Włoszech.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s